Barszcz czerwony zabielany

jednopalnikowa.wordpress.com

Od września mam ogromną przyjemność jadać w swojej nowej pracy obiady gotowane przez doświadczone kulinarnie góralki. Jak łatwo się pewnie domyślić, jedzenie jest przepyszne! Jednym z większych pozytywnych zaskoczeń ostatniego czasu był dla mnie barszcz czerwony zabielany, którego dotąd nie znałam. Barszcz czerwony nie jest zazwyczaj zupą mojego pierwszego wyboru, a znam go w dwóch, a właściwie trzech wersjach. Jako: barszcz czysty, ten również czysty, ale bardziej wykwintny wigilijny oraz ukraiński, czyli zabielany czysty z dodatkiem fasoli. Jednak barszcz zabielany, o którym dziś piszę (i który moja mama, góralka, pamięta ze swojego dzieciństwa), to barszcz zabielany z ziemniakami, dużą ilością czosnku i majeranku, niezwykle aromatyczny i po prostu fantastyczny! W żadnej innej części Polski się jeszcze z takim nie spotkałam. Spróbowałam go odtworzyć i wyszedł doskonale!
Przepis znajduje się na moim drugim blogu – Jednopalnikowa, który jest blogiem stricte kulinarnym. Oto on: barszcz czerwony zabielany (wystarczy kliknąć w jego podkreśloną i wyświetlającą się na szaro nazwę tuż przed tym nawiasem 😉 )!

Advertisements

„Mój piękny syn”

scenariusz: Luke Davies,
Felix Van Groeningen
reżyseria: Felix Van Groeningen
gatunek: dramat
produkcja: USA
rok powstania: 2018
oryginalny tytuł: Beautiful Boy
pełny opis filmu wraz z obsadą

„Mój piękny syn” to oparta na faktach wstrząsająca opowieść o miłości ojca i syna, i próbie, na którą została wystawiona.
Nic Sheff (w tej roli fenomenalny Timothée Chalamet) jest idealnym synem dla mądrego rodzica: to inteligentny, dociekliwy, kulturalny, wrażliwy, delikatny, dobry, czuły, utalentowany chłopak. Przez rodzinne zawirowania mieszka ze swoim ojcem i jego nową rodziną, jednak ma bardzo dobry kontakt zarówno z obojgiem swoich rodziców, jak i nową żoną i dziećmi ojca. Powiedzieć, że jego relacja z tatą Davidem (rewelacyjny Steve Carell) jest bardzo dobra, to nic nie powiedzieć. Więź, jaką udało im się nawiązać, wzajemne zrozumienie, wielka przyjaźń (przy równoczesnym braku rozmywania roli ojca, co rzadko kiedy udaje się połączyć), zaufanie, bezwarunkowa miłość z obydwu tak naprawdę stron, to wielki i niesłychanie cenny skarb, jaki mają. Obaj zdają sobie z tego zresztą sprawę.
Nagle na ich drodze wyrasta problem – narkotyki, od których Nic się uzależnia. Film doskonale pokazuje, że wbrew powszechnej opinii, uzależnienie wcale nie musi się narodzić w warunkach patologicznych (często tak bywa, jednak nie ma na to reguły), do patologii jednak zawsze prowadzi. Tak często powtarzane frazy o tym, że chory musi sięgnąć dna, by móc się od niego odbić, lub że nie można mu pomóc, póki sam nie uświadomi sobie, że tej pomocy potrzebuje, to nie tylko puste słowa. To bolesna dla wszystkich, którzy muszą przez taki koszmar przechodzić, prawda. Zwłaszcza trudno osobom, które nigdy wcześniej się z uzależnieniem nie spotkały (takim jak ojciec Nica), zrozumieć, że otumaniony używkami, wyniszczający sobie mózg bliski człowiek kiedykolwiek będzie na tyle przytomny, by być świadomym tego, że potrzebuje pomocy. Tymczasem najlepsze, co można dla uzależnionego zrobić, wydaje się stać w sprzeczności z naturalnymi ludzkimi odruchami miłości.
„Mój piękny syn” stawia więc bardzo ważne pytanie o granice miłości. Gdzie się znajdują i jak ważne jest, by ich nie rozmywać, choć czasem myślimy, że pęknie nam serce. Dla mnie wstrząsające były powody, dla których Nic chciał brać (tak, celowo piszę „chciał”, bo choć w pewnym momencie oczywiście również brać musiał, jednak największym problemem było to, że wolał narkotykowy świat od tego przeżywanego w trzeźwości). Wstrząsające było również uświadomienie sobie, że tak wydawałoby się opanowany i racjonalny David wpadł w pewnym momencie w sidła współuzależnienia. Choć często ta prawda rodzi nasz bunt, jednak w dorosłym życiu każdy z nas może (i musi) odpowiadać tylko i wyłącznie za siebie.
Na wspomnienie zasługuje też ciekawy sposób ukazywania fabuły w nie zawsze chronologicznym porządku oraz znakomita muzyka przeplatana idealnie dobranymi utworami od piosenek grupy Massive Atack, Nirvany, Davida Bowie’go, przez Sigur Ros, Johna Lennona, Aphex Twin po III Symfonię Henryka Mikołaja Góreckiego.

ZWIASTUN:

P.S. Myśląc o tym filmie, nie mogę się uwolnić od tekstu piosenki „Too Much Love Will Kill You” przejmująco zaśpiewanej przez Freddie’go Mercury’ego.

Quo vadis, kraju?

Dając życie blogowi oczami nNi, założyłam sobie, że nie będę na nim zahaczać o tematy polityczne, żeby nie musieć nurzać się w brudach, od których staram się stronić. Dziś jednak coś we mnie pękło i czuję, że muszę przemówić.

Po południu dotarła do nas z Gdańska tragiczna wiadomość o tym, że prezydent tego miasta, Paweł Adamowicz, nie przeżył wczorajszego ataku nożownika podczas 27. finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jeszcze chyba nigdy żadna śmierć człowieka, którego nie znałam osobiście (zwłaszcza ze świata polityki) mną tak mocno nie wstrząsnęła. Przez większość dnia nie umiałam się pozbierać, tłumiąc łzy w pracy i zalewając się nimi zaraz po jej opuszczeniu.

1. Dlaczego to boli aż tak?

Każda informacja o jakiejkolwiek tragedii mnie głęboko smuci. Czemu jednak z tą tak niesamowicie trudno się pogodzić? Prawdopodobnie z powodu kontekstu. Młody fantastyczny, prężny polityk i  porządny człowiek, podczas wspierania najpiękniejszej i najbardziej pozytywnej imprezy w naszym kraju, jaką jest Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, ginie na scenie, dźgnięty nożem przez szaleńca, wykrzykującego polityczne brednie (z jego słów wyłania się taki obraz: ponieważ siedział jakoby niesłusznie w więzieniu, do którego wsadziła go Platforma Obywatelska, prezydent Gdańska musi teraz ponieść śmierć). I chyba ten kontrast między dobrem w czystej postaci, jakie od lat zasiewa w naszym kraju Jurek Owsiak – znienawidzony, o ironio, przez środowiska prawicowo-katolickie – i tym, że mamy (mieliśmy 😦 ) kilku naprawdę doskonałych prezydentów polskich miast (żeby choćby wspomnieć pierwszy z brzegu Słupsk) a plugastwem, jadem i żółcią tych z nas, którzy zostali zarażeni wirusem odcinającym umiejętność myślenia, jest najtrudniejszy.

2. Sprawa polityczna

Choć można usłyszeć i takie głosy, że wczorajsza tragedia nie jest sprawą polityczną, jednak bardzo trudno nie zauważyć, że jest bezpośrednią konsekwencją przyzwolenia (z politycznej góry) – czy też systematycznego przyzwalania od kilku lat – na publiczne okazywanie sobie pogardy, a nawet nienawiści. Coś, co jeszcze jakiś czas temu było uznawane za obyczajowość plebsu i pospólstwa, dziś jest obowiązującym na tzw. salonach standardem. Nad hordą ordynarnych, niewykształconych chuligańskich analfabetów rząd rozpościera parasol ochronny, traktując ich jak może nie do końca rozwinięte, ale jednak nieszkodliwe maskotki, podczas kiedy są niebezpiecznymi bandytami i tak właśnie powinni być traktowani (choćby w ramach przestrogi dla następnych, którzy też będą dla zabawy chcieli uczcić pamięć Hitlera w kraju, w którym zginęło przez niego kilka milionów ludzi, czy podpalić jakiś samochód podczas… narodowego święta).
Czy jednak mogę mieć pretensje do ludzi, których ego nieudolnie utkane z kilku ton kompleksów kilkukrotnie przewyższa ich IQ, że są u władzy? Nie mogę. Każdy ma przecież prawo do marzeń, nawet tych najbardziej odjechanych. Mam pretensje do ludzi, którzy im pozwolili te nierealne marzenia ziścić.
Nie podoba mi się koncepcja podziału Polaków na zwolenników tylko dwóch partii. Ponieważ żadna z nich nie spełnia moich oczekiwań, nie biorę w tej przepychance udziału. Obiektywnie jednak patrząc, nie umiem się zgodzić z tym, że wina – leżąca niewątpliwie po obydwu stronach – rozkłada się symetrycznie. Po jednej stronie są kłamstwa, chciwość oraz brak odwagi i zdecydowania w podejmowaniu decyzji dobrych dla kraju (czyli dosyć typowa lista politycznych przewinień), a po drugiej kłamstwa, chciwość i podejmowanie politycznych decyzji bez najmniejszej poprzedzającej je refleksji plus… prostactwo, niedouczenie i brak obycia, oczytania, wiedzy. Czyli takie polityczne disco-polo, które – jak pisałam w poprzednim tekście – wyczerpująco określa tylko jedno słowo: nieudolność. I o ile w muzyce może to co najwyżej śmieszyć czy irytować, na najwyższych szczeblach państwa – zasmuca i przeraża.
Jednak, gwoli ścisłości, obie te partie – zbyt zajęte w pewnym momencie sobą – mocno przyczyniły się do zmiany języka debaty publicznej na zdecydowanie bardziej agresywny i nienawistny.

3. Polska dla Polaków

Wierzę w to, że ciągle jakoś ewoluujemy i że nacjonalizm to także stan przejściowy. Skoro udało się nam zejść z drzewa, a potem zacząć poruszać w pozycji wyprostowanej na dwóch nogach, to jednym z kolejnych etapów będzie porzucenie prymitywnego przywiązania do geograficznego pochodzenia w czasach, w których granice są otwarte.
Zostałam wychowana w domu, w którym nie padało słowo „patriotyzm”. A jeśli padało, to niezmiernie rzadko. Jednak moi rodzice przez całe życie uczciwie, rzetelnie i ciężko pracowali na rzecz kultury tego kraju. Płacili podatki, nigdy – nawet tam, gdzie było to niebywale proste – nie dokonali najmniejszych nadużyć finansowych, co spotykało się z zupełnym niezrozumieniem ogółu (swego czasu modne przecież było odliczanie sobie od podatku kosztów np. benzyny użytej nie do celów służbowych, lecz prywatnych, „bo nikt tego nie sprawdzi” – dla rodziców taka postawa była właśnie niepatriotyczna i niegodna przyzwoitego człowieka). Tata stworzył pierwsze i jedyne takie Studio, w którym mogli rozwijać swój talent rewelacyjni polscy (i nie tylko!) kompozytorzy, m.in. Krzysztof Penderecki. Stąd pewnie model patriotyzmu zakładający wymachiwanie szabelką do mnie – pacyfistki – nie przemawia. Przepraszam, że trywializuję, bo z drugiej strony rzeczywiście wzrusza mnie walka o nieistniejącą na mapie Polskę pod zaborami. Jednak jesteśmy tamtym walczącym o nią z miłością i oddaniem ludziom winni zdecydowanie lepszy kraj.
Kocham język polski, kocham specyficzne polskie poczucie humoru (za którym tęsknię, kiedy się zasiedzę w Grecji), kocham część polskiej muzyki współczesnej, polską literaturę, malarstwo. Kocham różnorodność polskich gwar i dialektów, ostałe się jeszcze na wsiach i na cudownym Śląsku resztki polskiej gościnności. Kocham polską przyrodę, krajobrazy, surowe Tatry, dzikie Bieszczady czy zimny, nastrojowy Bałtyk. Kocham niesamowicie zachodni Poznań, nawet śmieszny w swojej prowincjonalności Kraków dość lubię. Jednak czuję się obywatelką najpierw świata, a potem Europy. Polskość jest we mnie, nie wyznaczają jej granice kraju, w którym (ciągle jeszcze) mieszkam.

4. Ile z tej tragedii wyniesiemy?

Przy każdej tragedii nasuwa się pytanie, na ile dojrzali (jako naród) jesteśmy i czy będziemy umieli potraktować ją jak lekcję, z której coś wyniesiemy. Nie chciałabym być złym prorokiem, ale doświadczenie podpowiada, że nie wyniesiemy z niej nic. Jedna partia zrzuci winę na drugą, druga na pierwszą. Oberwie się też z pewnością Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, pojawią się głosy, że zachowania szaleńca i kryminalisty nie wolno z polityką w ogóle wiązać. Nie będziemy słuchać argumentów drugiej strony, tych zresztą merytorycznych i wyważonych nie będzie wiele.
W kraju, w którym (przynajmniej statystycznie) większość ludzi wierzy w to, że można zostać świętym po śmierci, niestety mało kto dostrzega świętość (ale taką z ludzką twarzą, jakąś małą skazą, bez szukania cudów na siłę, zaglądania pod kołdrę czy do portfela i rozliczania z chodzenia lub niechodzenia do kościoła) bliźnich za życia. A tak pojętą świętość reprezentuje właśnie Jurek Owsiak. Robi mnóstwo dobrego, zapala do tego rzesze ludzi, w tym coraz młodsze pokolenia, a ataki, z którymi się spotyka osłabiają moją wiarę w ten naród. Skala obrzydliwości i zezwierzęcenia atakujących jest porażająca.
Wczorajsza tragedia, choć nie była prawdopodobnie wymierzona w samego Owsiaka czy WOŚP, jednak wpisała się w tę samą, przepraszam, ohydną z perspektywy dzisiejszych czasów starotestamentową retorykę oka za oko, podczas kiedy wspierany na scenie przez prezydenta Adamowicza Owsiak wielokrotnie udowadniał, że bliższa jest mu nowotestamentowa filozofia nadstawiania drugiego policzka i robienia swojego… czyli dobrego dla innych!
Paweł Adamowicz został zamordowany, biorąc udział w niewątpliwie i jednoznacznie najpiękniejszej polskiej akcji wszech czasów. Nie umiem wyrazić krzyczącej we mnie niezgody na to, co się stało…

Gdańsk jest szczodry, Gdańsk dzieli się dobrem, Gdańsk chce być miastem solidarności. Za to wszystko wam serdecznie dziękuję, bo – na ulicach, placach Gdańska – wrzucaliście pieniądze, byliście wolontariuszami. To jest cudowny czas dzielenia się dobrem. Jesteście kochani. Gdańsk jest najcudowniejszym miastem na świecie. Dziękuję wam!

– Piotr Adamowicz, ostatnie słowa przed śmiercią

Polecam uwadze wypowiedź samego Owsiaka:

oraz ten, bardzo w moim odczuciu ważny, blogowy wpis:

Let’s dance

fot. Geo Dask

Traumatyczne wydarzenie z początku tego roku, jakim był Sylwester w Zakopanem, odbywający się w niedalekiej odległości od mojego domu, sprawił że wprowadziłam w życie swoje noworoczne postanowienie – by w najgorszej sytuacji skupić się na pozytywach – znacznie szybciej, niż myślałam, że je wprowadzę. W myśl zasady, by zło dobrem zwyciężać, potraktowałam te kilka godzin tandety czystej wody jako inspirację do pierwszego w 2019 blogowego wpisu. W momencie, w którym Zenon Martyniuk oznajmiał licznie zgromadzonej publiczności odkrywczą frazę, że:

po nocy wstaje dzień,

– Akcent „Przekorny los”

a Sławomir, choć był tu gościem, jednak „witał” nas

z samej góry, tam gdzie polskie Tatry,

– Sławomir

co byłoby, owszem, prawdą, ale tylko gdyby trzymał mapę Polski do góry nogami, ja zaczęłam analizować, dlaczego od tak dawna nie tańczyłam, choć zawsze sprawiało mi to ogromną przyjemność. Przypomniało mi się, że na Thassos, gdzie przetańczyłam niejedną noc do białego rana w wielu różnych parach niebotycznych greckich szpilek, obcy ludzie (niezależnie od wieku, płci i narodowości) potrafili do mnie znienacka podejść i skomplementować mój taniec. Nie, od razu powiem, że nie piłam zbyt dużo. W każdym razie na pewno nie więcej niż inni. Po kilku godzinach przechodziłam na sprawdzoną wodę z cytryną, a wypite wcześniej procenty ulatniały się z ciała.
I kiedy zadałam sobie pytanie, co się właściwie zmieniło i czemu od tak dawna nigdzie nie tańczyłam, nasunęła mi się dość prosta odpowiedź – rzadko kiedy gdziekolwiek muzyka odpowiada tak bardzo moim tanecznym upodobaniom, jak wtedy na Thassos, kiedy DJ-e na mój widok puszczali po prostu to, co uruchamia we mnie taneczny tryb.

Spis treści:

1. Każdy Polak tak naprawdę lubi disco-polo
2. Dance Factor
• PoranNa bosSa
• Biodrowa sprawa
• Całe ciało wraz z nogami
• Tylko mnie poproś do tańca…
• Rozkołysz, rozkołysz, rozkołysz…
• Bujaj się!
3. Można? Można!

1. Każdy Polak tak naprawdę lubi disco-polo

Dość często spotykam się z przekonaniem, że nawet ci, którzy deklarują, że tego „gatunku muzyki” nie słuchają, ponieważ to obciach, jednak jak zaaplikują sobie wystarczającą dawkę odpowiednich trunków, bawią się przy nim przednio. Otóż… przekonanie to jest błędne. Z disco-polo mam dokładnie ten sam problem, co z filmami Smarzowskiego – nagromadzenie tak przytłaczającej ilości zła bez niczego, co stanowiłoby do niego kontrę, wywołuje u mnie niestrawność, bez względu na jakiekolwiek czynniki łagodzące (dobre towarzystwo, znakomity humor, substancje psychoaktywne, itp.). Nie oznacza to jednak przecież, że słucham wyłącznie Xenakisa czy Björk. Cenię wiele zespołów, które nie są może muzycznie świetne, ale za to ich piosenki niezwykle mocno poruszają mnie w warstwie tekstowej (np. moja ukochana Nirvana). Z drugiej strony bogate i intrygujące harmonicznie utwory przeważnie raczej nie wyróżniają się niebanalnymi tekstami (żeby wspomnieć choćby dokonania Abby, Skaldów czy absolutnych muzycznych gigantów – grupy Queen). Jest cała masa wokalistów śpiewających z nadludzką wręcz precyzją i perfekcją, choć nieposiadających żadnego repertuaru (np. Mariah Carey czy Edyta Górniak), którzy siłą rzeczy ciekawią mnie znacznie mniej – żeby nie powiedzieć, że nie ciekawią mnie wcale – niż ci dosyć lub zupełnie nieudolni wokalnie, stwarzający swoje kompletnie odrębne i muzycznie, i tekstowo światy, jak np. Laurie Anderson czy Nick Cave. Innymi słowy, nie każda muzyka mnie zachwyca, natomiast doceniam zawsze jakiś rodzaj równowagi między tekstem, muzyką, wokalnym poziomem technicznym czy artyzmem wykonawcy. Przeważnie jeśli pewne elementy szwankują, to jakieś inne są na wyższym poziomie. Dlatego też nie jestem zwolennikiem odrzucania z góry jakiegokolwiek gatunku muzyki rozrywkowej, bo wiem, że w każdym, nawet najbardziej nam odległym, można znaleźć coś fascynującego. W każdym… z wyjątkiem disco-polo. Tu nie idzie się doszukać żadnego punktu zaczepienia. Tu mamy do czynienia z absolutnym dnem muzyczno-liryczno-techniczno-wykonawczym, a każdą z tych płaszczyzn wyczerpująco opisuje tylko jedno słowo: nieudolność. W pewnym sensie samo zjawisko jest dość interesujące, jednak nie na tyle, żebym chciała spróbować je zgłębić.

2. Dance Factor

Utwory taneczne mają swoją bardzo jasno określoną funkcję. Ich celem nie jest pobudzenie nas do głębokiej kontemplacji, lecz porwanie do tańca (choć wbrew pozorom jedno drugiego nie wyklucza).
Nie bardzo rozumiem, co odróżnia utwory, które uwielbiam, cenię i których często słucham (nawet jeśli są skoczne i teoretycznie taneczne, jak np. cała twórczość doskonałego The Prodigy) od tych zupełnie wyjątkowo działających na moje ciało, które od razu podrywają mnie do tańca. Co śmieszniejsze, te drugie, z jakimś tanecznym faktorem wcale nie zawsze są wybitnie wartościowe (w przeciwieństwie do tych pierwszych). Wiem o tym, ale odnoszę wrażenie, że one oddziałują na kompletnie inne części mnie.
Postanowiłam więc – inspirowana fatalnym poziomem masowej zabawy za oknem w sylwestrową noc – przyznać się, jakimi piosenkami można mnie najszybciej zwabić na parkiet. Podzieliłam je nawet na kategorie.

  • PoranNa bosSa

Parkiet parkietem, ale to raczej wieczorową porą, nic natomiast nie stoi na przeszkodzie, by zacząć każdy wolny dzień od włączenia na pełny regulator dobrej muzyki i beztroskiego potańczenia do niej (mam to szczęście, że nie otaczają mnie sąsiedzi)! Wymienione niżej utwory uwielbiam tańczyć, będąc boso. Są trochę jak śniadanie – niebywale energetyczne, pozytywne i bardzo niewinNe.

Lily Allen – „Knock Em’ Out”ten numer uważam za absolutnie fantastyczny, rozpoczynając od bardzo efektownej warstwy muzycznej i intrygującego rytmu, na błyskotliwym, przezabawnym tekście skończywszy.

LION BABE – „Got Body”słuchanie i oglądanie przepięknej córki Vanessy Williams (choć, zamykając oczy, ciężko się oprzeć wrażeniu, że mogłaby być córką Eryki Badu) to przyjemność sama w sobie. A ta akurat piosenka ma jeszcze taką cudowną lekkość i oldskulowy sznyt. Mogę jej słuchać w nieskończoność i nie potrafię przy niej nie tańczyć.

Natalie Cole – „This Will Be (An Everlasting Love)”absolutny klasyk i pozycja obowiązkowa wszystkich moich roztańczonych poranków! (No i… doskonale skomponowana piosenka.)

Aretha Franklin – „I say a little prayer” – podobnie jak wcześniejszy utwór – fantastyczny pod każdym względem (od warstwy muzycznej, poprzez zgrabny tekst po brawurowe wykonanie) klasyk, do którego nie sposób nie zatańczyć rano.

Jimmy Soul – „If you wanna be happy”piosenka idealna do przygotowywania śniadania tanecznym krokiem. To najbardziej szowinistyczny tekst, jaki kiedykolwiek słyszałam, choć jest równocześnie szalenie zabawny.

  • Biodrowa sprawa

Kiedy w grę wchodzą biodra (zwłaszcza moje), przestaje być już zupełnie niewinNie. Są takie utwory, które natychmiast i niemalże automatycznie wprawiają tę część mojego ciała w ruch. I to właśnie je na mój widok najczęściej puszczali tasyjscy DJ-e. I tutaj już obecność szpilek jest oczywiście obowiązkowa!

Shakira – „Hips Don’t Lie”w przeciwieństwie do porannych piosenek tanecznych, nie mam pewności, że wszystkie „biodrowe” są naprawdę dobre. Nie ma to jednak – jak pisałam wcześniej – najmniejszego znaczenia (zwłaszcza dla moich bioder). Kiedy słyszę głos męskiego symbolu seksu, jakim jest boski Wyclef Jean oraz jeden z najdziwniejszych i najtrudniejszych do zdefiniowania kobiecych głosów ślicznej Shakiry, po prostu wbijam na parkiet, nawet jeśli mam być  na nim jedyna. Moje biodra, podobnie jak biodra Shakiry, również nie kłamią!

Shakira – „Rabiosa” dobrze, przyznaję, że udział Pitbulla w jakiejkolwiek piosence na ogół jest zapowiedzią obciachu (może nie aż tak wielkiego, jak którykolwiek wykwit disco-polo, ale jednak obciachu), natomiast moje biodra są zdania, że tego akurat numeru wyjątkowo udało mu się nie sknocić. Prawdopodobnie dzięki Shakirze, do której… cóż, po prostu mam słabość.

Coldplay & Buena Vista Social Club – „Clocks”przy tak jednoznacznych kubańskich rytmach jakikolwiek komentarz jest chyba zbędny. Poza tym ciężko mi pisać, bo moje biodra już kołyszą się na wszystkie strony.

Nelly Furtado – „Party’s Just Begun”szaleję za debiutancką płytą Nelly Furtado „Whoa, Nelly!” (drugą i trzecią też bardzo lubię, ale do pierwszej mam wyjątkowy sentyment). Jeśli chodzi o ten utwór, nie mam najmniejszych wątpliwości – to świetnie napisana, wykonana i zrealizowana, bogata harmonicznie piosenka. Kiedyś nawet sama postanowiłam się z nią zmierzyć. (MOJA WERSJA TUTAJ)

  • Całe ciało wraz z nogami

Jest też kilka utworów, które bezwarunkowo wpływają na całe moje ciało i wtedy sprawa robi się poważna – rzucam znajomych (czasami w sposób niekontrolowany, piszcząc im wprost do ucha), przerywam w pół wypowiadane zdanie, zostawiam wszystko i mknę na parkiet, kiedy usłyszę pierwsze dźwięki. Jedyne, czego nie zostawiam nigdy, to rozpoczętego drinka (lub jakiegokolwiek napoju). Nie to, żebym nie ufała swoim towarzyszom imprezy oczywiście, ale nie mogę oczekiwać od kogokolwiek, by nie spuszczał przez 100% czasu z mojej szklanki wzroku. Albo dopijam, albo biorę napój ze sobą, jednak nigdy nie dopuszczam do tego, by zniknął z mojego pola widzenia i wszystkim, bez względu na płeć, radzę to samo!
Poniższe piosenki działają na mnie najbardziej właśnie w klubach, puszczone głośno na dobrym sprzęcie, w odpowiednio (nie)oświetlonej sali. Myślę, że w każdej z nich jest coś zwierzęcego i prymitywnego, co wyzwala we mnie moje prywatne dzikie zwierzę.

will.i.am ft. Britney Spears – „Scream & Shout”z piosenkami (niektórymi nadspodziewanie dobrze zrealizowanymi), w których śpiewa Britney Spears jest na ogół tylko jeden problem – śpiew Britney Spears. Jednak o dziwo mistrz will.i.am ocalił ten absolutnie fantastyczny numer, a głos Britney został na tyle zniekształcony, że aż możliwy do słuchania!

Stromae – „Alors On Danse”tej piosenki mogę słuchać w nieskończoność, dopóki nie padnę ze zmęczenia, bo oczywiście słuchanie = tańczenie do upadłego! Nie umiem ubrać w słowa tego, co mnie w niej urzeka. Być może właśnie ten specyficzny rodzaj prymitywności wchodzący w ostrą interakcję z moimi zmysłami. Jest zdecydowanie wyjątkowa!

GALA – „Freed from desire”stara jak świat dyskotekowa piosenka z 1997 roku urzeka mnie do teraz (zresztą całkiem sporo w całym moim spisie „staroci”). Przede wszystkim niesamowicie zgrabnym połączeniem bardzo tanecznego rytmu i prostej melodii z jednej strony, z drugiej zaś wyjątkowo nietypowego (żeby nie powiedzieć, że nawet dosyć brzydkiego), dziwnego i surowego wokalu z tekstem odwołującym się do buddyjskich wartości. Stworzenie komercyjnego hitu traktującego o tym, że lepiej być niż mieć, oraz że pieniądze są niczym wobec otwartego, dobrego serca i posiadania moralnych zasad jest w moim odczuciu wielką sztuką.
P.S. Zaciekawiona, poszperałam ostatnio trochę w internecie. Inne dokonania tej artystki nie są mi tak bliskie, jak opisywany numer, jednak natrafiłam na wywiad z GALĄ i zachwyciłam się jej urodą i sposobem mówienia. Niezwykle przypomina mi tu Laurie Anderson.

Alex Gaudino feat. Crystal Waters – „Destination Calabria”samą energię tej piosenki, wokal i główny motyw, a także nagrany do niej teledysk można określić tylko jednym słowem: SEKS! Więcej chyba nie trzeba dodawać.

Crystal Waters – „Gypsy Woman”ten sam wokal i energia, choć piosenka dużo starsza, bo z 1991. Nadal jednak porywa mnie do tańca.

Lykke Li – „I Follow Rivers”coś jest chyba na rzeczy z tym, że dziwne, nietypowe głosy bardzo się sprawdzają w muzyce dyskotekowej. Dodają utworom surowości, zwłaszcza, jeśli te mają proste, nawet w jakimś sensie pierwotne rytmy. Jednak mnie urzeka jeszcze coś, co starałam się oddać w mojej wersji tej piosenki, bardzo różniącej się od oryginału. Dostrzegam tam jakąś magię i tajemnicę… (MOJA WERSJA TUTAJ)

Ellie Goulding – „Burn”ta pozycja jest prawdopodobnie muzycznie najkoszmarniejsza z całej listy, dodatkowo puszczana przez komercyjne rozgłośnie radiowe miliony razy (więc wszyscy mają jej pewnie po dziurki w nosie), ale nie umiem nic poradzić na to, że od pierwszych dźwięków wpływa na moje ciało bardzo jednoznacznie. Mam do niej  po prostu słabość.

Everything But The Girl – „Missing”znów niełatwy do zdefiniowania, przedziwny głos, w którym mnóstwo smutku, choć śpiewana przez niego piosenka jest pozornie skoczna i „wesoła”. Bardzo mnie takie zderzenie pociąga.

ATB feat. Olive – „You’re Not Alone”tu właściwie mogłabym słowo w słowo powtórzyć swój komentarz do piosenki poprzedniej.

Moloko – „The Time Is Now” utwór, który uważam za prawdziwe taneczne dzieło sztuki. Instrumentacja, realizacja dźwięku, przestrzeń, lekkość, wokal: wszystko to wiruje i porywa do tańca. Majstersztyk!

Gorillaz – „Feel Good Inc.”kolejny z serii niestarzejących się w ogóle numerów, przy których moje nogi automatycznie ruszają w tan.

will.i.am feat. Cheryl Cole – „Heartbreaker”sympatyczna, „płynąca” piosenka, którą być może traktowałabym jak jedną z wielu podobnych, dość monotonnych muzycznie, gdyby nie ta cudowna kwarta (interwał muzyczny, odległość pięciu półtonów), w której w refrenie śpiewają ze sobą wll.i.am z Cheryl Cole (TUTAJ).

Chaka Khan – „Ain’t Nobody”nieśmiertelny hit, który mimo upływu lat ani odrobinę się nie starzeje i porywa do tańca coraz młodsze pokolenia. Chociaż podjęto różne próby odmłodzenia go, jednak wersja oryginalna pozostaje najbardziej energetyczną i elektryzującą ze wszystkich!

  • Tylko mnie poproś do tańca…

Partner w tańcu z wielu powodów na ogół wydaje mi się zbędny, jednak istnieją wyjątki. Jeśli ten umie tańczyć, wymieniłabym następujące tytuły:

The Stranglers – „Golden Brown”jedna z najbardziej niesamowitych piosenek, utkana z klawesynowego brzmienia przeplatanego z sennym, kojącym wokalem. Można naprawdę pięknie pisać o narkotykach, unikając ordynarności.

India.Arie – „The Truth” India.Arie jest mistrzynią pisania mądrych, głębokich tekstów o prawdziwej miłości i jej duchowym wymiarze. A do tego ta akurat piosenka aż zaprasza do pobujania się przy niej w parze.

The Roots ft. Erykah Badu – „You Got Me” nieśmiertelny klasyk, przy którym zawsze trudno mi powstrzymać z jednej strony łzy, a z drugiej wyrywające się do tańca nogi.

  • Rozkołysz, rozkołysz, rozkołysz…

W poniższych piosenkach obecność dobrze tańczącego partnera mi nie przeszkadza, ale nic nie stoi też na przeszkodzie, by pokołysać się w pojedynkę…

Ayo – “Down On My Knees”ten cudowny numer poznałam na Thassos i nieraz kołysałam się do niego zupełnie sama na parkiecie, raz nawet bez butów. Uwielbiam każdy takt całą sobą!

Tricky – „Puppy Toy”energię tego utworu (podobnie, jak w przypadku „Destination Calabria”), wyczerpująco określa tylko jedno słowo: SEKS! 

Lenny Kravitz – „I Belong To You” dobre głośniki, choć odrobina wolnego parkietu i ta właśnie piosenka to gwarancja zobaczenia mnie w akcji!

  • Bujaj się!

Biodra – biodrami, nogi – nogami, ale pozostają jeszcze ramiona! Niektóre utwory potrafią mnie najzwyczajniej w świecie rozbujać. Rozbujać szybciej lub wolniej, ale zawsze przyjemnie!

Eliza – „Wasn´t Looking”niesamowicie zmysłowy numer, w którym wszystko – dosłownie i w przenośni – gra: cudowny, oryginalny, idealnie dopasowany wokal, perkusja i obłędna partia basu!

Kelis – „Trick Me”przebój, który już od piętnastu lat potrafi mnie rozbujać w ten sam sposób. No i… głos Kelis… ❤

Blu Cantrell – „Breathe”to też jedna ze zdecydowanie mniej wartościowych muzycznie pozycji, ale jednak przez swoją niewątpliwą chwytliwość ciągle umie mnie rozruszać.

Mary J. Blige – „Family Affair głos Mary J. Blige – jego niezwykła barwa i jakiś taki nierozerwalny z nim smutek – już dawno skradł moje serce i myślę, że to przede wszystkim przez niego mam taką słabość do tej niezwykle prostej przecież piosenki.

Justin Timberlake – „Señorita”komentarz jest tu chyba zbędny. Zresztą trudno komentować, bujając się…

*NSYNC – „Girlfriend”znów młody Justin Timberlake i zespół, który nie był może muzycznym gigantem, jednak ten kawałek uważam za naprawdę zgrabnie napisany. Zwłaszcza w bridge’u (TUTAJ) dzieją się ciekawe rzeczy.

Christina Aguilera – „Can’t Hold Us Down” choć szanuję jej niewątpliwie imponujący warsztat wokalny, nie jestem jednak fanką barwy głosu Christiny Aguilery. Ta piosenka nie stanowi w tej kwestii wyjątku, jednak urzeka mnie w niej wszystko inne – rytm, instrumentacja, przestrzeń i dobry feministyczny tekst, którego autorka domaga się równego traktowania obydwu płci.

Calvin Harris feat. Pharrell Williams, Katy Perry, Big Sean – „Feels”jednak żeby nie utknąć w przebojach sprzed niemal dwóch dekad, warto pamiętać o tych nielicznych perełkach zrealizowanych niedawno. Pharell Williams jest na ogół gwarantem dobrze napisanej tanecznej piosenki, a ta porywa mnie na parkiet za każdym razem.

3. Można? Można!

fot. Geo Dask

Mam nadzieję, że udało mi się tym wpisem udowodnić, że między ambitnymi dziełami sztuki (do których odbioru nierzadko trzeba mieć fachowe przygotowanie, co może zniechęcać laików) a prostactwem rytmów, tekstów i wykonania w jednym istnieje jeszcze cała gama piosenek bardziej lub mniej wymagających, jednak zawsze przynajmniej w jakimś sensie ciekawych.
Nie twierdzę, że mój prywatny „Dance Factor” będzie się pokrywał z czyimkolwiek innym i że utwory, przy których nie umiem spokojnie wysiedzieć, muszą w ten sam sposób oddziaływać na pozostałych bliźnich. Pragnę jedynie zauważyć dwie rzeczy, mianowicie że:

a) w (prawie) każdego typu muzyce da się znaleźć coś wartego uwagi

b) nie trzeba od razu tolerować chłamu, żeby się dobrze bawić przy nawet mniej ambitnej muzyce.

Wszystkim Czytelnikom życzę cudownego karnawału, pełnego tańca, który jest w  życiu bardzo potrzebny. Dopiero dzięki pracy nad tym wpisem uświadomiłam sobie, jak bardzo!
                                                         👠👠👠👗👗👗💄💄💄

Rok 2018 oczami nNi – podsumowanNie

Kończy się 2018 rok, a dla mnie (jak pewnie dla większości ludzi na całym globie) jest to czas głębszych refleksji i podsumowań. Dziś, jak każdego 31 grudnia, zjem swój tradycyjny noworoczny bigos (robiony na zamrożonych wcześniej resztkach farszu do uszek) i siądę rozliczyć się sama ze sobą z postanowień na mijający rok i sprecyzować postanowienia (plany) na ten nadchodzący. Ponieważ za niecały miesiąc (dokładnie 30.01.2019) mój blog będzie obchodzić swoje pierwsze urodziny, pomyślałam, że dobrze byłoby zrobić podsumowujący wpis okolicznościowy.  👀👀👀

To, z czego być może nie wszyscy moi bliscy zdają sobie sprawę, to fakt, że blog oczami nNi nie jest tylko moim hobby, platformą, na której mogę sobie bez ograniczeń ćwiczyć literacki warsztat, czy wyżywać się, kiedy się ze światem w czymkolwiek nie zgadzam. Tym wszystkim jest oczywiście też, ale przede wszystkim jest integralną częścią mnie. Nie twierdzę, że moje istnienie zamyka się w świecie wirtualnym, a pisany monolog jest moim jedynym sposobem komunikowania się z ludźmi, jednak do tego, by móc się postrzegać jako pełnię, muszę porozumiewać się ze światem nie tylko mową, ale też śpiewem, stwarzaniem piosenek, płyt, czy opowiadań oraz… językiem pisanym, co ów blog mi umożliwia.
Zanim zaczęłam tę przygodę, długo zastanawiałam się, czy w ogóle wypada stworzyć blog, którego osią będzie nie jakieś jedno wybrane przeze mnie zainteresowanie (jak np. było w przypadku mojego kulinarnego bloga Jednopalnikowa), tylko… ja sama. Nadal zresztą, kiedy o tym w ten sposób pomyślę, sama idea wydaje mi się dość grubą przesadą, jednak gdybym się nie odważyła, nie odkryłabym tak dziś ważnej dla mnie części siebie. A że gdzieś w środku – przy równoczesnej niechęci do zbyt wylewnego dzielenia się prywatnością – drzemie we mnie całkiem chętny i gotowy do działania ekshibicjonista, publikowanie powoduje we mnie przyjemny dreszczyk.
Przez większość mojego życia coś, czego nie umiałam nazwać, bardzo mnie uwierało w relacjach z innymi ludźmi. Dziś wiem już, że tym czymś było selektywne wybieranie ze mnie tego, co komuś pasuje i odrzucanie tego, co mu nie pasuje. Czułam się trochę jak talerz, z którego wyjada się wykwintne ragoût, a na którym zostawia kluski śląskie. A co z kompozycją całego dania? Nieskromnie wierzę, że jestem całkiem nieźle skomponowana i odrzucanie jakiejś części tej kompozycji uważam za irytującą ignorancję. Prawdopodobnie oczywiście przesadzam i być może wszyscy to w jakimś sensie bliźnim robimy, sęk w tym, by być świadomym naszych granic i dopuszczać naprawdę blisko tylko tych, którzy ich nie naruszają, a resztę trzymać na życzliwą, acz bezpieczną odległość. A nadszedł w moim życiu taki moment, w którym bardzo potrzebowałam w swoich własnych oczach stać się składającą się z wielu barw i odcieni wyraźną całością – blog pozwolił mi to odkryć!

1. Styczeń 2018

Styczeń, choć datuję powstanie bloga na jego końcówkę, był pod względem podejmowania wielu koncepcyjnych i graficznych decyzji, a także włożonej w pisanie tekstów pracy miesiącem szalonym. W ciągu tygodnia przed oficjalnym otwarciem bloga opublikowałam na nim aż 36 tekstów. W większości napisanych wcześniej, jednak część pisałam od początku. Kluczowym wpisem będzie na pewno ten, w którym się przedstawiam. Do teraz w statystykach figuruje jako najczęściej czytany:

2. Luty 2018

W lutym opublikowałam 16 tekstów i choć każdy z nich był dla mnie ważny, jednak jeśli miałabym wybrać tylko jeden, bez wahania wskazałabym:

Przede wszystkim dlatego, że jest to swoistego rodzaju manNifest – najwierniej chyba i najdokładniej opisuje moją filozofię życiową. Warto jednak wspomnieć o wpisie, który był w tym miesiącu najchętniej odwiedzany:

3. Marzec 2018

Marzec również obfitował w wiele tekstów na wiele tematów, jednak przede wszystkim obchodziliśmy Dzień Kobiet, a dwa dni później Dzień Mężczyzn, z których to okazji postanowiłam na chwilę wygrzebać się ze swojego wygodnego nNicentryzmu i popełnić dwa wpisy okolicznościowe, w których skupię się na znanych przedstawicielach każdej z płci, którzy znacząco wpłynęli na moje życie i w pewnym sensie również sprawili, że jestem teraz tym, kim jestem. Te teksty były na tyle inne od pozostałych, że postanowiłam je wyróżnić:

W marcu zaczęłam też cykl wpisów językoznawczych (do tej pory są już cztery) pod tytułem:

4. Kwiecień 2018

Kwiecień 2018 w moim życiu mogę określić trzema słowami: LAURIE ANDERSON – HAGA! Jeden z najbardziej szalonych i spontanicznych pomysłów, by wyjechać do nieznanej Holandii i urokliwej Hagi na koncert mojej największej miłości – kobiety, którą wielbię, cenię i za którą szaleję przyniósł mi najwspanialsze emocje na świecie!

5. Maj 2018

W maju, ze względu na wyjazdy opublikowałam tylko jeden wpis, za to… najchętniej odwiedzany i najczęściej czytany przez cały ten rok! Otóż odbyłam przepiękną samotną podróż na swoje kochane greckie Thassos z kilkudniowym postojem w obie strony w cudownych Salonikach. Pomyślałam wtedy, że warto zebrać do kupy wszystkie te informacje, które udało mi się przez lata podróżowania zgromadzić, by podzielić się nimi z innymi zakochanymi w Grecji rodakami. Uważam też, że każde uniezależnienie się od wszelakich biur podróży jest korzystne, tym bardziej ucieszyła mnie popularność tego tekstu.

6. Czerwiec 2018

W czerwcu opisałam wszystkie swoje przeżycia związane z bardzo dla mnie z wielu powodów ważną i w pewnym sensie przełomową samotną wyprawą do Grecji. Odkryłam w jej trakcie – o czym nigdy tu jeszcze nie pisałam – że jestem chora. Potrzebowałam czasu, żeby się z tą myślą oswoić i zacząć leczenie, jednak uświadomienie sobie problemu jest zawsze połową (o ile nie większą nawet częścią) sukcesu. Grecja zawsze mi coś daje, zawsze też dzieją się w niej rzeczy niesamowite. Mam nadzieję, że udało mi się to dobrze ująć w dwuczęściowym wpisie:

W czerwcu stało się też coś bardzo smutnego – po dwunastu latach odszedł mój królik Psubrat. Postanowiłam przybliżyć czytelnikom jego niepowtarzalną króliczą sylwetkę:

7. Lipiec 2018

Lipiec, jak co roku, pozostaje po prostu moim miesiącem, więc bez najmniejszego wahania jako lipcowy wpis wybieram:

8. Sierpień 2018

W sierpniu najchętniej czytanym, a także najbardziej czaso- i pracochłonnym był wpis o moim wyjeździe do Lwowa. Wycieczka była naprawdę piękna i ciekawa, dla mnie osobiście też ważna dlatego, że organizował ją mój poprzedni pracodawca, z którym – choć ani on tego nie chciał, ani mi nie było z nim źle – musiałam się niestety rozstać, by zacząć się wreszcie spełniać w zawodzie wyuczonym. Przed rzuceniem się w nowe, nieznane i przerażające, cudownie było odetchnąć w rodzinnym mieście dziadka, którego jednak nigdy wcześniej nie miałam okazji zwiedzić.

9. Wrzesień 2018

We wrześniu Zakopane na tydzień zamienia się w kolebkę kultury tzw. wysokiej dzięki fenomenalnemu przedsięwzięciu jakim jest Międzynarodowy Festiwal Muzyki Kameralnej „Muzyka na szczytach”. W tym roku X edycja przeszła najśmielsze oczekiwania tych, którzy umieją się poznać na zawsze przecież wysmakowanym programie festiwalu. Wrześniowym blogowym wpisem zostanie więc na pewno moja skromna recenzja tego niesamowitego wydarzenia:

10. Październik 2018

We wrześniu w moim życiu dokonała się też prawdziwa rewolucja – po raz pierwszy (nie licząc praktyk na studiach) zostałam… nauczycielką polskiego w szkole podstawowej. Postanowiłam jednak trochę odczekać z podzieleniem się tym faktem z czytelnikami – dokładnie do Dnia Nauczyciela w październiku. Praca jest wymagająca i każdego dnia czuję na sobie ogromny ciężar odpowiedzialności, z jakim nie spotkałam się nigdy wcześniej, jednak równocześnie daje mi tyle radości, satysfakcji i szczęścia, że czasem zastanawiam się, czemu aż tyle lat tak bardzo się przed tym doświadczeniem broniłam…

11. Listopad 2018

Początkiem listopada opisałam bardzo piękną i ważną inicjatywę, jaka odbyła się w Zakopanem pod koniec października, mianowicie dwudziestą edycję Zakopiańskiej Akademii Sztuki im. Marka Markowicza:

12. Grudzień 2018

Tegoroczny grudzień okazał się dla mnie wyjątkowy, bo po raz pierwszy przeżyłam święta Bożego Narodzenia z jakimś takim spokojem i pogodzeniem ze sobą i światem. Nie jest to dla mnie typowe, o czym więcej w samym wpisie, więc postanowiłam poświęcić tej sytuacji trochę blogowego miejsca.

13. Podsumowanie ogólne – 2018

Reasumując, od końca stycznia 2018 roku opublikowałam do dzisiaj w sumie 116 tekstów, z czego najczęściej odwiedzana trójka (w tej właśnie kolejności) to:

  1. Kim jestem i co tu robię
  2. Jak dostać się na własną rękę z Salonik na Thassos i z powrotem
  3. Lwów – małe kawowe San Francisco

Doczekałam się w sumie 628 komentarzy (za które bardzo serdecznie dziękuję!) i dotarłam pod strzechy w aż 41 (!!!) krajach. Oprócz Polski, najczęściej czytaliście mnie (również w takiej kolejności) w:

  1. Stanach Zjednoczonych
  2. Wielkiej Brytanii
  3. Grecji
  4. Niemczech
  5. Irlandii
  6. Kanadzie
  7. Austrii
  8. Holandii
  9. Francji
  10. Chinach

Nie wymienię oczywiście wszystkich pozostałych trzydziestu krajów, ale przyznam, że np. Kamerun, Irak czy Wietnam były dla mnie sporym zaskoczeniem.

14. Chciałabym podziękować…

Bez względu na to jak bardzo jestem na tym blogu samowystarczalna, trudno mi dziś nie wspomnieć o cichych współautorach jakości efektu końcowego moich wpisów. Są nimi:

Nigdy o to nie proszę, ale – jako osoby zawodowo zajmujące się językiem – zawsze czują się w obowiązku zrobienia mi korekty, a nieraz nawet redakcji opublikowanego już tekstu, wysyłając mi w punktach to, co powinnam poprawić. Choć sama jestem redaktorem i dosyć nawet sprawnie wyłapuję nadmiar lub brak przecinków, literówki czy błędy fleksyjne u innych, jednak rola autora jest zupełnie inną rolą.
Oczywiście nie zawsze przyjmuję ich (na ogół trafne) uwagi z pokorą. Kłócę się o interpunkcję, przerzucam biblią Wolańskiego, jednak mam poczucie, że wprawne redaktorskie oko (a nawet dwie pary oczu) nad tym blogiem czuwa, a to – choć wiele osób wydaje się o tym nie pamiętać – niezwykle ważne i potrzebne wszelkiego typu tekstom. Zatem – dziękuję! ❤

fot. Zofia Mossakowska
🎉🎉🎉🍾🍾🍾 P.S. Na deser dołączam cudowny kosmiczny utwór Stockhausena, który moje cudne dziesięciolatki z klasy czwartej (mam z nimi także muzyczne kółko) nazwały „przepiękną piosenką”. W nowym roku życzę wszystkim Czytelnikom otwartych, chłonNych umysłów, niezmienNie otaczającej zewsząd dobrej Sztuki i szczęścia! 🎉🎉🎉🍾🍾🍾

Boże Narodzenie oczami nNi

fot. Marianna Patkowska

Od kiedy pamiętam Boże Narodzenie było dla mnie czasem trudnym, choć przecież lubiłam nasze świąteczne przyjazdy z rodzicami do Zakopanego, gdzie prezenty kładł pod choinką nie żaden z gruba ciosany, rubaszny mazowiecki Święty Mikołaj, lecz eteryczny, delikatny, odrobinę hermafrodyczny Aniołek. Nawet w okresie wzmożonej religijności uznawałam jednak uczestnictwo w tych świętach raczej za obowiązek, gdyż zawsze byłam zdania, że nie dorastają swoją magią do pięt ani dużo ważniejszej przecież Wielkanocy, ani przede wszystkim moim absolutnie ukochanym Wszystkim Świętym. Potem wiele się w moim światopoglądzie w innych kwestiach pozmieniało, jednak jakaś bożonarodzeniowa niechęć pozostała nienaruszona.

fot. Zofia Mossakowska
fot. Zofia Mossakowska

Boże Narodzenie przez całe moje dzieciństwo, a nawet jeszcze dłużej, spędzaliśmy w czteroosobowym gronie: z rodzicami i dziadkiem. Nie miałam jednak świadomości, że grono to jest kameralne, bo od najmłodszych lat definiowałam tłok jako zgromadzenie liczące więcej, niż dwie osoby, co i tak było bardzo daleko posuniętym i mozolnie wypracowanym kompromisem z resztą świata, bo nierzadko już dwie zgromadzone w jednej czasoprzestrzeni osoby (z których jedną byłam ja sama) wywoływały u mnie duszności.
Po śmierci najpierw dziadka, a niedługo później również taty, doświadczałam przez pewien czas rokrocznie, na swój sposób pięknych, prawdziwie polskich, rodzinnych i dużych wigilii, które pomogły mi się zmierzyć z moją aspołecznością, introwertyzmem i antropofobią, by ostatecznie się ku nim jednak zwrócić. Zrozumiałam, że samotność w pojedynkę ma zdecydowaną przewagę nad samotnością w tłumie (co znakomicie ilustruje praca „Samotność” Dróżdża).

Boże Narodzenie na Thassos

Na jedne święta – ku ogólnorodzinnej konsternacji – nawet wybyłam do swojego ukochanego Thassos, pooddychać zimową Grecją i zgłębić brytyjskie bożonarodzeniowe tradycje. Potem wyprowadziłam się do Zakopanego na stałe, rozpoczęłam absorbującą mnie podczas świąt pracę i stałam się, trochę z konieczności, organizatorką dwuosobowych (a czasem trzyosobowych) wigilii na jeden palnik (do dzisiaj nie mam ani kuchenki, ani piekarnika), a co za tym idzie wyrobnikiem: barszczu na własnym zakwasie, uszek, pierogów z kapustą i grzybami, karpia w różnych wariantach, kutii, pierniczków, ziemniaczanej sałatki z selerem oraz oczywiście kompotu z suszu.

fot. Zofia Mossakowska

I aspekt kulinarny dał mi ogromną radość, gdyż – mam to po tacie – lubię karmić. Problemem był jedynie brak czasu spowodowany pracą (podczas samych świąt każdy z pracowników miał tylko jeden dzień wolny). Wcześniej, kiedy na wigiliach bywałam tylko czyimś gościem, miałam nadmiar czasu. Potem, kiedy spadł na mnie przyjemny obowiązek organizowania kolacji wigilijnej, musiałam wszystko robić w tzw. międzyczasie. Ale w skrajnościach umiem się zazwyczaj odnaleźć. Co prawda przed każdym nadchodzącym Bożym Narodzeniem zarzekałam się, że wezmę nadgodziny, żeby przesiedzieć w pracy ten wieczór, że nie dam rady, że przerasta mnie przygotowywanie wszystkiego, do tego na turystycznym palniku, ale jednak koniec końców zawsze wszystko wychodziło dobrze, a cały ten stres mijał. Lub przynajmniej można go było skutecznie zajeść czymś dobrym.

fot. Zofia Mossakowska

Ten rok przyniósł mi kolejną zmianę w postaci pracy etatowej i nieznanego mi dotąd luksusu, jakim są nie dość, że dwa dni wolnego w tygodniu, to również zupełnie wolne podczas całego Bożego Narodzenia! (Pech chciał, że akurat tydzień przed świętami rozłożył mnie wirus i znów perspektywa lepienia uszek z zatkanym noskiem… tzn. nosem nie należała do najmocniej przeze mnie wyczekiwanych, jednak jakoś – nie bez trudu! – powstałam z łoża boleści.)
Być może z powodu nadmiaru wolnego czasu, umożliwiającego mi udekorowanie mieszkania po raz pierwszy nie na ostatnią chwilę, być może z powodu pracy w szkole, w której każde święta celebruje się mocniej ze względu na dzieci, ale ze zdziwieniem przyłapałam się na tym, że po raz pierwszy autentycznie wyczekiwałam nadchodzącego Bożego Narodzenia, a w jego trakcie byłam zrelaksowana i zachwycona tym wszystkim, czego doświadczam tylko ten jeden raz w roku, czyli np. smakiem (swojego) kompotu z suszu, odtwarzaną do upadłego w tych dniach ukochaną świąteczną płytą King’s Singersów „Joy to the World”, aromatem przywożonej przez mamę ziarnistej kawy z cynamonem i czekoladą, porządkiem i własną okolicznościową aranżacją mieszkania, które stało się czymś w rodzaju piernikowej groty pełnej światełek, pachnących świeczek i dobrej atmosfery. Niniejszym chciałabym się dziś nimi podzielić ze swoimi Czytelnikami, wpuszczając ich – poprzez zdjęcia – do swojego gniazdka i życząc przede wszystkim tego, by otaczało Was zewsząd jak najwięcej dobrej i wartościowej Sztuki, a także szczęścia i spełnienia najskrytszych marzeń 😉

fot. Marianna Patkowska
fot. Marianna Patkowska
fot. Zofia Mossakowska
fot. Marianna Patkowska

🎄🎄🎄 P.S. A na deser łączę swoje dwie aranżacje kolęd. Z różnych powodów nagrania są dość kiepskie jakościowo, ale też jedyne, jakimi dysponuję 😉 🎄🎄🎄

Tego kwiatu jest pół światu

fot. Geo Dask

Przede wszystkim chciałabym zacząć od gorących przeprosin, że tak długo niczego nie publikowałam. Przyczyna – oprócz chronicznego braku czasu, na który cierpię, od kiedy zmieniłam pracę – jest prozaiczna. Mój komputer odmówił mi kilkanaście tygodni temu posłuszeństwa i czekał u specjalisty na swoje lepsze jutro, by ostatecznie dokonać tam swojego komputerowego żywota. Przeżywałam bolesny syndrom odstawienia. Wreszcie jednak pod moją strzechę trafił komputer zastępczy, więc pora zacząć nadrabiać swoje wpisowe zaległości…

Spośród wielu niedelikatnych, niewłaściwych, a przede wszystkim bezdennie głupich rad, jakie możemy dać bliźnim, prym wiedzie zdecydowanie uraczenie osoby, która się właśnie rozstała, sentencją:

tego kwiatu jest pół światu

– przysłowie wiodące prym wśród tych najgłupszych

Poniżej postaram się wyjaśnić dlaczego.

1. Bagatelizowanie problemu

Każdy z nas przez to przechodził. Najczęściej najbardziej boleśnie po raz pierwszy, ale nie ma przecież jednej reguły. Na ogół kiedy pocieszamy osobę, której trudno do siebie dojść po niedawnym rozstaniu, mamy już swoje własne doświadczenia w tym zakresie. Co z jednej strony powinno nam pomóc w byciu empatycznym, a z drugiej, czasem, paradoksalnie, zdarza się właśnie na odwrót. To, że my sami jakąś sytuację znieśliśmy dobrze (lub nie pamiętamy już tak dokładnie ogromu naszego cierpienia wtedy) nie oznacza wcale, że taki sam scenariusz jest pisany komuś innemu. To, że myśmy „przeżyli”, nie może dać nam wcale pewności, że wszyscy na naszym miejscu by przeżyli. A poza tym, co najważniejsze, nigdy nie byliśmy na czyimś miejscu. Każdy z nas może być tylko i wyłącznie na swoim własnym miejscu, zarówno w czasie, jak i przestrzeni. Tak, mamy to szczęście, że odcierpieliśmy już swoje, być może już nawet z perspektywy czasu widzimy, że tamto łamiące serce rozstanie wyszło nam na dobre, jednak warto przypomnieć sobie, że kiedy się rozstawaliśmy, nie było nam wcale do śmiechu (i raczej nie zrobiło się tak nazajutrz – chyba, że to była miłość nieduża), więc i osoba, którą pocieszamy musi przeżyć swój czas żałoby. A naszą rolą jest trwanie przy niej, wspieranie jej i bycie obok. Jeśli naprawdę nam na niej zależy, to uszczęśliwianie jej banalnymi sentencjami jest naprawdę zbyteczne.

2. Jakiego znowuż kwiatu?

Warto też sobie uświadomić, że mamy do czynienia z kimś, komu właśnie coś się w życiu zupełnie rozsypało. Nawet jeśli jesteśmy przekonani, obserwując sytuację z dystansu, że ta zmiana okaże się zmianą na lepsze, to porównywanie kogoś szczególnie bliskiego jego sercu do chabazia jest zwyczajnie nie na miejscu. No a idąc trochę dalej, zastanówmy się jaki właściwie komunikat przekazujemy tym durnym tekstem (zbliżonym nota bene do „nie ta, to inna”, „będą następne”)? Ja widzę co najmniej dwa:

a) wszyscy przedstawiciele danej płci (chyba, że osoba rozpaczająca jest biseksualna, to wtedy obydwu płci) są do siebie niesamowicie podobni, przynajmniej w celu, jaki uważamy za kluczowy dla związku naszego przyjaciela (rozmowa o pogodzie? chodzenie do kina? przeciętnej jakości seks?);

b) łzy osoby, którą pocieszamy, wynikają nie z faktu utraty kogoś, kogo kochała, lecz z powodu chwilowego nie bycia w jakimkolwiek związku, a ten – jak próbujemy ją przekonać – można przecież stworzyć z byle kim.

Czy chcielibyśmy sami być tak pocieszani? Nie?

3. … a milczenie złotem

Można byłoby zapytać, nie bez nutki sarkazmu,

co w takim razie proponuję w podobnej sytuacji powiedzieć osobie cierpiącej, skoro tak się czepiam korzystania z naszego kulturowego bogactwa – niewyczerpanej studni przysłów pozbawionych sensu?

– pytanie, jakie można byłoby mi zadać, nie bez nutki sarkazmu

Otóż naprawdę nie ma nic złego w niemówieniu wcale. Zdecydowanie za rzadko to sobie uświadamiamy. Milczenie jest piękne, oczyszczające i znacznie głębsze, niż wszystkie wyświechtane frazesy, które często nam się wydaje, że będą gdziekolwiek pasować. One są jak obrazy jeleni na rykowisku – nigdy i nigdzie nie będą pasować!
Jeśli ktoś nam bliski przeżywa właśnie rozstanie, będą nim najprawdopodobniej targać różne emocje. Nie przeskoczy okresu wkurzenia, smutku czy ostatecznie żałoby. A jeśli chcemy go do tego przekonać, to zastanówmy się, czy na pewno dla niego, czy może nas samych. W końcu „definitywnie wyleczony” z nieszczęśliwej miłości będzie fajniejszym kompanem do zabawy niż zasmarkany, marudny i trudny, czyż nie? Jednak te kilka miesięcy zwiększonej cierpliwości nam na pewno nie zaszkodzi, a jemu pominięcie etapów przeżywania, które są konieczne, zaszkodzi nieodwracalnie.

4. Jak dzieci

Od września, o czym już pisałam, pracuję w szkole podstawowej – uczę polskiego. Pocieszanie powinnam sobie wpisać w zakres obowiązków służbowych, bo każdy dzień przynosi co najmniej kilka nowych dramatów. Kiedy widzę, że ktoś zaczyna mi płakać na lekcji, nie bardzo sobie wyobrażam, by jej nie przerwać i nie wepchnąć się pod ławkę (czy gdziekolwiek, gdzie jest właśnie płakane, choć – przyznaję, wpycham się nie bez trudu, a po Świętach będzie już tylko gorzej) i nie wysłuchać, że np.:

– Bo on powiedział, że ja znoszę jajka…

– Bo ona mi pokazała język!

– Bo on mi zrzucił piórnik.

– Bo ona mnie kopła – wtedy od razu prostuję, że „kopnęła”, nie tylko po to, by zachować pozory kontynuacji lekcji polskiego.

– przykładowe dramaty moich kochanych dziewięciolatków

Kiedy widzę łzy w tych ślicznych dużych oczkach i zmarszczone czółka, naprawdę nie obchodzi mnie, czy sama przeżyłabym, gdyby ktoś mi powiedział, że „zniosłam jajka”, czy nie. Nie obchodzi mnie też, czy problem jest dużego, czy małego kalibru. Jeśli nie umiem nic sensownego doradzić, nie mówię nic, tylko przytulam i słucham. (Ewentualnie sugeruję zaprzestanie używania przemocy fizycznej w odwecie, choć to na razie jak grochem o ścianę.)
Dorosły człowiek w cierpieniu staje się bezbronny, w czym przypomina dziecko właśnie.

5. Nie ma tego złego

Z drugiej strony, dobrze umieć zauważać pozytywy w sytuacjach pozornie beznadziejnych. Jeśli stracimy właśnie kogoś, kogo definiowaliśmy jako miłość swojego życia, a nasz przyjaciel poklepie nas po ramieniu i wyrecytuje tytułowe przysłowie o kwiatach, możemy za jednym zamachem pozbyć się i drugiego balastu i definitywnie podziękować „przyjacielowi” za współudział w naszym życiu. I tak już przeżywamy stratę, a oczyszczenie, jakie po pewnym czasie na pewno nastąpi, będzie podwójne!
Może nie jest to najlepsza z moich rad, ale gdybym sama sobie jej udzieliła (i posłuchała!) wiele lat temu, moja droga do szczęścia byłaby krótsza.
Tak czy tak, w najtrudniejszych momentach – jakbyśmy nie mieli wspaniałych przyjaciół – tak naprawdę na 100% możemy liczyć tylko na jedną osobę… na nas samych. Bądźmy więc dla siebie dobrzy, dużo czytajmy i znajdźmy kilka mądrych cytatów z dobrej literatury, żeby – w razie czego – mieć je w zanadrzu i móc się nimi poczęstować. Na ten przykład moja mama wydrukowała sobie i trzyma na półce cudowny, podnoszący na duchu i jakże zmieniający perspektywę cytat Balzaca:

Za każdą wielką fortuną kryje się zbrodnia.

– Honoré de Balzac

Jedno spojrzenie na wypłowiałą już kartkę z tymiż słowami i od razu lepiej!