XX Zakopiańska Akademia Sztuki im. Marka Markowicza

Właśnie dobiegło końca jedno z fantastyczniejszych wydarzeń kulturalnych w Zakopanem – Zakopiańska Akademia Sztuki, czyli zainicjowane już dwadzieścia lat temu przez Marka Markowicza kursy mistrzowskie dla utalentowanej muzycznie młodzieży. Po śmierci pomysłodawcy Akademii, schedę przejęła po nim jego żona, Barbara Markowicz, dbając o kontynuację pięknej idei męża i otaczając za każdym razem wszystkich uczestników i gości swoim niesamowitym ciepłem i życzliwością.
Przez półtora tygodnia uczniowie (rozpiętość wiekowa była bardzo duża – od dwunastu do dwudziestu sześciu lat) szkolili swój warsztat pod okiem wybitnych muzyków za dnia, by wieczorami koncertować przed dosyć nawet licznie zgromadzoną widownią sympatyków Akademii. W tym roku wykładowcami byli: w klasie skrzypiec – Szymon Krzeszowiec (pierwszy skrzypek Kwartetu Śląskiego oraz od kilku lat dyrektor artystyczny Akademii), Marcin Markowicz (drugi skrzypek kwartetu Lutosławski Quartet oraz dyrektor artystyczny Festiwalu Muzyki Kameralnej w Książu) i Marcin Baranowski, a w klasie wiolonczeli – Tomasz Strahl i Adam Krzeszowiec.
Tegoroczną Zakopiańską Akademię Sztuki, tuż przed koncertem inaugurującym, otworzyło (nieformalnie) w Willi „Atma” spotkanie z legendą ZAS, doskonałym austriackim pianistą Paulem Guldą. Muzyk opowiadał (po… polsku!) o swoim zawodowym, ale przede wszystkim emocjonalnym związku z przedsięwzięciem Marka Markowicza, co przeplatał wykonywaniem doskonałych utworów muzyki dawnej, a także swoich wzruszających improwizacji. Atmosfera, którą stworzył, pomogła choć na chwilę zapomnieć o uśmierceniu przez Muzeum Narodowe w Krakowie (remont!) obecnego tu niegdyś ducha Karola Szymanowskiego, a także o kontrowersyjnej „urodzie” nowego fortepianu (w brązowawą panterkę) oraz nawet jego nie najszczęśliwszym brzmieniu.
Koncert inauguracyjny odbył się następnego dnia, 21 października, w Miejskiej Galerii Sztuki, a gwiazdą wieczoru był wspaniały, nieoceniony Kwartet Śląski, który przypomniał poruszający, liczący już przeszło pół wieku, ale ponadczasowy Kwartet smyczkowy Witolda Lutosławskiego oraz towarzyszący im w sporo starszym, pięknym Kwintecie smyczkowym d-moll Witolda Maliszewskiego Tomasz Strahl. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie kompozycja tego wieczoru, którą można byłoby zatytułować „Mistrz i uczeń”. Z jednej strony zostały wykonane dwa skrajnie różne estetycznie utwory, co było niezwykle ciekawe ze względu na to, że Lutosławski pobierał nauki u Maliszewskiego, a z drugiej zostały wykonane przez dwóch nauczycieli Akademii (Szymona Krzeszowca i Tomasza Strahla), którzy w najbliższych dniach mieli kształcić przybyłą na warsztaty młodzież. To naprawdę poruszające.

Bardzo dawno temu, w mojej muzycznej podstawówce na trzy panie, z którymi miałam fortepian, grać umiała tylko jedna.

– dygresja szkolna

Od środy 24 października do soboty 28 października mogliśmy usłyszeć znakomitych uczestników Akademii (dwa pierwsze koncerty w Miejskiej Galerii Sztuki, następnie w Willi „Atma” i finałowy w cudownej Galerii Władysława Hasiora). Środowy koncert został poprzedzony niezmiernie ciekawym wykładem charyzmatycznej muzykolożki, również związanej z Akademią od lat, Danuty Gwizdalanki – „Muzyczne mitologie stulecia”. Zetknięcie się z osobą o tak rozległej wiedzy, dodatkowo fantastycznie posługującą się językiem, jest czymś w Zakopanem ostatnich lat niestety rzadko spotykanym. (Tym bardziej więc cieszą takie inicjatywy jak Akademia czy opisywana przeze mnie tu wcześniej „Muzyka na Szczytach”.)
Wracając jednak do koncertów… Ogromną radością było słuchanie młodych, przejętych, zaangażowanych i niesłychanie utalentowanych instrumentalistów, którzy już teraz reprezentują bardzo wysoki poziom, a przecież ciągle są jeszcze na samym początku swojej muzycznej drogi. Choć poprzeczka została ustawiona niezwykle wysoko i nie będzie z mojej strony przesadą, jeśli napiszę, że wszyscy uczestnicy byli znakomici, jednak muszę wyróżnić jedną osobę, której ekspresja, wrażliwość, muzykalność i jakaś taka niewiarygodna iskra wbiła mnie w fotel (za każdym zresztą razem, bo wystąpiła na dwóch koncertach). To… zaledwie dwunastoletnia skrzypaczka Zofia Olesik – ogromny, odkrywany na naszych oczach talent!
A po pięknym koncercie finałowym w Galerii Władysława Hasiora, zakończonym wręczeniem uczestnikom i wykładowcom dyplomów, pozostał jakiś taki smuteczek, jak to zwykle bywa po ważnych i pięknych wydarzeniach. Wspaniała, panująca wśród organizatorów i uczestników rodzinna atmosfera udzieliła się także gościom Akademii, którym pozostaje już tylko czekać do następnej, za rok.

Advertisements

„Kler”

scenariusz: Wojciech Smarzowski,
Wojciech Rzehak

reżyseria: Wojciech Smarzowski
gatunek: obyczajowy
produkcja: Polska
rok powstania: 2018

pełny opis filmu wraz z obsadą

W światowej kinematografii powstało tyle arcydzieł  traktujących o strukturach mafijnych, że kiedy dowiedziałam się, że powstaje film o duchowieństwie, byłam z jednej strony pełna nadziei, a z drugiej być może miałam zbyt wygórowane wobec niego oczekiwania.
Dodatkowo absolutnie fantastyczny marketingowo chwyt (choć prawdopodobnie nie do końca zaplanowany), polegający najpierw na zebraniu lawiny histerycznej i równocześnie najgłupszej z możliwych krytyk, czyli tej płynącej z ust osób, które filmu nie widziały, a potem „kontrataku” tych, którzy – na złość tej pierwszej grupie – masowo przybyli do kina go zobaczyć, sprawił, że w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka. Być może nie wiem o sztuce dostatecznie dużo, jednak z moich skromnych obserwacji wynika, że im wokół jakiegoś dzieła głośniej, tym trudniej się w nim doszukać walorów artystycznych. Wielka sztuka na ogół nie znosi poklasku… (Choć są oczywiście wyjątki, np. zaskakująca popularność twórczości Björk.)
Głównym powodem, dla którego zwlekałam z wybraniem się w końcu do kina na „Kler” był sam jego reżyser, Wojciech Smarzowski, gdyż jego twórczość, podobnie jak twórczość Małgorzaty – Małgośka mówią mi – Szumowskiej, do mnie nie przemawia. I w tym sensie „Kler” mnie nie zaskoczył; nastawiłam się na ponaddwugodzinne nurzanie się w gnojówce, a potem onanizowanie się reżysera po wspomnieniach z tegoż i film tych (wymuszonych poprzednimi dziełami Smarzowskiego) oczekiwań nie zawiódł. Sęk w tym, że nie bardzo lubię nurzać się w gnojówce i znam milsze źródła przyjemności.
Nie chciałabym być źle zrozumiana. Mam świadomość, że poruszony w „Klerze” problem układów, hipokryzji, cynizmu czy kompletnego braku jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego występujący w większości skorumpowanych instytucji (film traktował akurat o duchowieństwie, ale jego fabuła mogłaby się równie dobrze toczyć w środowiskach politycznych) jest bardzo poważny i ciężki. Nie przekonuje mnie jednak teoria, w myśl której o ciężkich i trudnych tematach można opowiadać jedynie w ciężki sposób (nie tylko przenośnie, ale też dosłownie – w jedynej scenie, w której moglibyśmy zobaczyć dwa piękne mające się ku sobie ludzkie ciała, widzimy raczej ich przerysowane karykatury o wielorybich kształtach).
Innym moim problemem z tym filmem jest płaskość i psychologiczna niewiarygodność bohaterów. Mam wrażenie, że reżyser sam nie do końca może się zdecydować kto jest dobry, a kto jest zły, bo z jakiegoś powodu wydaje mu się, że ma do wyboru tylko te dwie możliwości.  A świat naprawdę nie jest czarno-biały. W prawdziwym życiu często zepsuci do cna, moralnie zdegenerowani ludzie potrafią być duszami towarzystwa, budzić same najlepsze emocje, a ci najbardziej prawi nie zawsze są otoczeni wianuszkiem przyjaciół, nie zawsze są zrozumiani, nie wszyscy pałają do nich sympatią. Smarzowski zdaje się przypomnieć sobie w którymś momencie filmu, że bilans bohaterów dobrych i złych mu się nie zgadza, więc nagle – nie do końca wiadomo dlaczego – jeden z bohaterów zaczyna pokazywać swoje drugie oblicze. Ale czy jest to przemiana? Wiedząc, że ludzie nie są jednowymiarowi, odbieram to raczej jako odsłonięcie przed widzem kolejnej jego barwy. Dlaczego jednak część bohaterów ma tu tylko jedną barwę? Nie umiem się w tym doszukać konsekwencji. Nie chodzi o to, że nie umiem zrozumieć postępowania postaci. Mam pewną wiedzę z zakresu psychologii, umiem odgadnąć, co mogło się zdarzyć między kadrami. Pytanie raczej czy rozgrywanie większości historii poza kadrem nie jest pewnego rodzaju pójściem na łatwiznę ze strony twórców. Brak dosłowności jest oczywiście zawsze dobrym pomysłem, gdyż dosłowność sztukę zabija, jednak sam brak dosłowności jeszcze sztuki nie tworzy.
Poza wszystkim fabuła również nie jest tu dopracowana i zagadnienia dla niej kluczowe  nie są tu do końca wyjaśnione.
Do tego, jako estetkę, drażni mnie ukazywanie świata wyłącznie brzydkiego, który równocześnie nie jest przepuszczony przez żaden filtr. Kiedy oglądam jeden z moich ulubionych teledysków wszech czasów,
Come To Daddy grupy Aphex Twin, widzę cudownie wyreżyserowaną brzydotę – spójną, przemyślaną, konsekwentną, służącą konkretnej opowieści. Kiedy oglądam prace jednego z moich ulubionych artystów, Davida Nebredy, w których na ogół pokryty jest własnymi fekaliami i pokazuje swoje przerażające, nieludzko wychudzone schorowane ciało, widzę w tym głębszy sens, a nawet odwołania do Hieronima Boscha (których, co prawda, nie widzi już nikt inNy oprócz mnie, ale może dlatego, że ja widzę je oczami nNi). Kiedy zaś oglądam filmy Smarzowskiego (lub Szumowskiej, bo one cierpią na podobny problem), widzę usilne starania, by pokazać jak najbrzydsze wnętrza, jak najbrzydsze widoki, jak najbrzydsze kadry, jak najbrzydszych ludzi, jak najbrzydsze dusze i jak najbrzydszy język bez żadnego zrozumiałego dla widza powodu.
Dodatkowo mierzi mnie pokazywanie świata, w którym nie ma sztuki, nie ma erudytów. A w tym filmie nikt nie jest na żadną sztukę wrażliwy. Nikogo też nie można nazwać inteligentem. Wszyscy są prości (żeby nie powiedzieć prostaccy), chamowaci i sprawiają wrażenie nieoczytanych, nieobytych. Szczerze współczuję widzom, którzy nie czuli się przez to podczas oglądania nieswojo. To, na co musiałam patrzeć było tak dalekie od mojej codziennej rzeczywistości, że ciągle miałam wrażenie, że pomyliłam drzwi.
Jeśli odsunąć na chwilę środowisko duchownych przedstawione w tym filmie, a także problem pedofilii i skupić się na wątku, w którym odrobinę lepiej możemy zrozumieć postępowanie bohaterów, poznając ich historie (a raczej raptem ich zarys), od razu przychodzi mi na myśl zupełnie inny i kompletnie doskonały artystycznie film Paola Sorrentino „Wielkie Piękno”. Tam przecież też cyniczny i dosyć dekadencki (ale równocześnie jakże oszałamiająco uroczy, jakiż pociągający, jakiż erotycznie magnetyzujący) Jep Gambardella (w tej roli boski Toni Servillo) jest tym kim jest, gdyż coś na to silnie wpłynęło. I do pokazania tego mechanizmu Sorrentino nie potrzebuje na szczęście ani meblościanki, ani aktorów ważących po 200 kilo, ani zabłoconych smutnych dróg. Być może też dlatego „Wielkie Piękno” jest filmem wybitnym, a „Kler” jest po prostu filmem mocnym, być może nawet lepszym od filmów Patryka Vegi (choć stylistycznie dosyć zbliżonym), jednak nie nazwałabym go filmem dobrym. Poruszenie, w jakie wprawa widzów (tak, wyszłam z kina ze łzami w oczach – po części były to łzy szczęścia, że film się już skończył) wynika z samej tematyki i ukazanych w nim problemów, nie zaś jego porażającego artyzmu. Jednak jest coś bardzo polskiego z jednej strony w narzekaniu i kreowaniu smutnej, beznadziejnej i wstrząsającej wizji świata, a z drugiej w napawaniu się oglądaniem jej, rozdrapywaniem ran, umacnianiu się w przeświadczeniu, że jest się pokrzywdzonym i biednym. I taka polskość jest mi obca, bo wydaje mi się, że o trudnych i bolesnych sprawach oczywiście trzeba mówić, ale nie po to, żeby się tym niezdrowo ekscytować, lecz by zmienić coś na lepsze, a potem móc się tą zmianą cieszyć. Kiedy mam ochotę popływać i widzę przed sobą szambo, a kilka metrów dalej uroczy akwen, wybieram kąpiel w czystej i przejrzystej wodzie. Ale oczywiście różne są gusty i potrzeby…

P.S. Na wspomnienie na pewno zasługuje bardzo oszczędna, ale doskonała muzyka Mikołaja Trzaski.

P.S. 2 Łączę wstrząsający, choć doskonale przeprowadzony, wywiad z byłym księdzem, który ciągle miałam w głowie, podczas oglądania „Kleru”.

Obyś cudze dzieci uczył

fot. Marianna Patkowska

Moje życie potoczyło się zupełnie inaczej, niż myślałam i od niedawna zarabiam na chleb ciałem… pedagogicznym będąc, ale zacznijmy od początku…
Kiedy na moich studiach okazało się, że właśnie odbywam z automatu obowiązkową specjalizację nauczycielską, nie byłam tym faktem jakoś szczególnie zachwycona (przede wszystkim dlatego, że decydując się na specjalizację językoznawczą, musiałam niejako zaliczyć dwie). Jako zdeklarowany człowiek słowa pisanego, nigdy nie widziałam się w roli mówcy. Z kolei jako zdecydowany obserwator, nigdy nie widziałam się w roli lidera. Jakby nie patrzeć, zawód nauczyciela wymaga odnalezienia się nie dość, że w obydwu tych rolach, to jeszcze odnalezienia się w nich równocześnie. Wmówiłam więc sobie, że to aktywność nie dla mnie, no ale obowiązkowe praktyki nauczycielskie trzeba było zaliczyć.
Podczas kiedy większość moich koleżanek i kolegów z roku trafiła w ich ramach do jakichś bezpiecznych i miłych podstawówek, ja – trochę przez przypadek, bo zależało mi na konkretnej opiekunce praktyk – wylądowałam w liceum dla tzw. „trudnej młodzieży” (strasznie zresztą nie lubię tego określenia, bo uważam, że jeśli już, to trudni są w większości dorośli, a młodzież to po prostu młodzież). Byłam niewiele starsza od swojej klasy i dosyć się jej z początku bałam. Niespodziewanie szybko jednak udało mi się jakoś wkupić w jej łaski.

– „Było pięknie, było słońce…” – zaintonował zakapturzony uczeń. – K…, co to jest?
– „Deszcz – będzie słońce” z płyty „Winna” Chylińskiej – odparłam natychmiast.

– rozmowy z uczniami

Od momentu powyższej krótkiej wymiany myśli, poczułam się przyjęta do grona tych fajnych dzieciaków. Groźby karalne od jednej agresywnej dziewczyny, która poczuła się pokrzywdzona, że nie oceniłam jej pracy tak, jakby sobie tego życzyła, usłyszałam tylko raz – na szczęście mnie nie pobiła, za co jestem jej ze wszech miar wdzięczna.
Samo prowadzenie zajęć okazało się fascynującą przygodą. Wszystko, o czym mówiłam, starałam się ilustrować muzyką poważną (albo dawną z omawianej epoki, albo – w przypadku mitologii – muzyką współczesną, traktującą o konkretnym micie). Równocześnie, żeby nie popaść w rutynę, starałam się ich zaskakiwać – np. kiedy przy renesansie, widząc ich znużenie, włączyłam piękne pieśni Johna Dowlanda śpiewane (zresztą doskonale) przez Stinga, z wielkim rozbawieniem obserwowałam szok, jaki to u nich wywołało, bo przecież Stinga znają, bo ktoś np. miał ten album w domu – ciągle dopytywali:

– Ale czy tak można?
– A dlaczego nie? John Dowland był wspaniałym renesansowym kompozytorem, a fakt, że te pieśni wykonuje akurat Sting, przecież tego nie zmienia – odpowiadałam.

– rozmowy z uczniami, ciąg dalszy

Widziałam, że odczuwają jakiś dysonans, ale chyba im się podobało. Prawdziwego szoku z kolei doświadczyłam ja, kiedy zaserwowałam im trzy niedługie fragmenty różnych mniej lub bardziej współczesnych oper o Edypie (m.in. „Oedipus Rex” Igora Strawinskiego i „Œdipe” George’a Enescu), a wśród nich – trochę, przyznam, w ramach eksperymentu – także dosyć trudnej w odbiorze opery „Oedipus der Tyrann” Carla Orffa i… większości ona właśnie najbardziej przypadła do gustu. Było to niesłychanie budujące i przywróciło mi wiarę w człowieka.
Dziś – wiele lat (zapierania się rękami i nogami przed pracą w szkole i zabunkrowania się na niwie turystycznej) od tamtych przymusowych praktyk, oficjalnie wkroczyłam na nauczycielską ścieżkę kariery w bezpiecznej i miłej podstawówce. Szybko okazało się, że ta praca daje nieprawdopodobnie dużo radości i satysfakcji, a przede wszystkim poczucie, że się robi coś naprawdę ważnego, mającego wielkie znaczenie w dużo szerszym wymiarze. Do tego nie miałam chyba świadomości jak cudowne są dziecięce umysły. No bo który dorosły wpadłby na to, że:

słowo „mówić” można wymienić na… kOmunikować się

mowa różni się od pisma tym, że nie można mówić na czerwono

to drugie słowo, podobne do „dialogu”, ale oznaczające wypowiedź jednej tylko osoby nazywamy… halucynacjami

czy

koncepcja, że Ewa powstała z żebra Adama świadczy o tym, że kobiety są mądrzejsze od mężczyzn, bo mają swoją własną mądrość plus jeszcze tę z żebra Adama ❤

W tym miejscu nie mogłabym nie podziękować wszystkim swoim nauczycielkom ze szkoły podstawowej – były dla mnie ogromnym wzorem. Już w pierwszym tygodniu swojej pracy zyskałam miano „najfajniejszej pani od polskiego”, przede wszystkim mając je właśnie w pamięci. Stanowiły niezwykle cenny przykład tego, jakim nauczycielem nigdy nie chciałabym się stać. Nie było mi trudno, bo od razu wszystkich swoich uczniów najzwyczajniej w świecie polubiłam.
Jeśli, wg tytułowego porzekadła, uczenie dzieci własnych jest jeszcze fajniejsze, to już nie mogę się doczekać!

💐💐💐 Wszystkim Nauczycielom z okazji ich dzisiejszego święta życzę mądrości i cierpliwości do rzeczy tak przerażających jak np. instytucja dziennika (której ciągle jeszcze nie opanowałam w sposób zadowalający). Dedykuję nam wszystkim poniższą piosenkę: 💐💐💐

JesienNa dziewczyna

fot. Jan Lewandowski

Proszę Państwa, dziś oficjalnie zaczęła się kalendarzowa jesień, czego nie sposób nie uczcić okolicznościowym wpisem! 🍁🍁🍁🍂🍂🍂

Jeszcze kilka lat temu naprawdę bardzo lubiłam lato, spędzając je na ogół na greckim Thassos, w kusych strojach pośród ludzi, nago – na dzikich plażach. Słońce cudownie wszystkich rozleniwiało, poważne problemy nie istniały, blade przez większość roku nogi wreszcie zaczynały się znacząco odróżniać od szpitalnej ściany, jednym słowem – raj! Choć nie odnajduję się jakoś szczególnie w temperaturze 40°C w cieniu, możliwość spędzania większości czasu w nieziemsko przejrzystej chłodnej wodzie, a potem w zwiewnej kreacji zajadania najświeższych owoców morza, popijania ich białym winem i upajania się swoim lekkim wstawieniem (no, to raczej sporadycznie), zawsze uważałam za wyjątkowo pociągającą.

fot. Jan Lewandowski
fot. Jan Lewandowski

Nieszczęście w szczęściu było jednak takie, że po latach coraz to bardziej specyficznych pracodawców stawianych przez los na mojej zawodowej drodze, o których można byłoby napisać powieść kryminalną w kilku tomach, poznałam w końcu jednego uczciwego i sprawiedliwego w nieznanej mi wtedy branży turystycznej i zapragnęłam, by stał się właśnie moim pracodawcą. Haczyk polegał jednak na tym, że praca miała mnie absorbować m.in. przez całe wakacje. Szybko więc lato stało się dla mnie czymś między małą Brytanią w lipcu (charakterystyką lipca w Zakopanem jest średnio 31 deszczowych dni) a walką o przeżycie upałów w służbowym uniformie, z przerwami na wypakowanie ze schowka na kilka dni zimowej kurtki i włączenie na ten czas pieców w sierpniu. Proszę mnie źle nie zrozumieć – praca i uczciwość pracodawcy była warta wszelkich poświęceń, jednak z biegiem czasu po prostu przestałam lato lubić (choć może polubię je z powrotem, bo nadeszła pewna znacząca zmiana w moim życiu, ale o tym kiedy indziej).
Jesień jednak to zupełnie inNa para kaloszy. Zwłaszcza w Zakopanem! Nawet ta tasyjska, zaczynająca się w Grecji troszkę wcześniej niż u nas, nie dorównuje złotej polskiej jesieni w Tatrach. Nie przemawia przeze mnie patriotyzm lokalny – przemawia przeze mnie wrażliwość na piękno.

fot. Jan Lewandowski

Ta pora roku urzekała mnie od zawsze. Nawet Warszawa, w której utknęłam na pierwsze ćwierć wieku swojego życia i w której przez ten czas nie odnalazłam niczego, co mogłabym polubić, podczas jesieni stawała się nagle jakaś taka bardziej znośna. No a w każdy pierwszy piątek po piętnastym dniu września zaczynało się prawdziwe święto muzyki współczesnej – festiwal „Warszawska Jesień”.
W czasach szkolnych jesień wyznaczała nowe rozdanie – nowe zeszyty, nowe książki, nowe postanowienia z nimi związane. Do tego dłuższe wieczory, dopiero podczas których umiem najbardziej efektywnie funkcjonować (zbyt długo utrzymujące się światło dzienne za oknem jest dla mnie zmorą lata), kubki rozgrzewających herbat z cytryną i miodem czy wyjęte z szafy (lub zdjęte ze sklepowej półki) botki czy kozaki. No a w kwestii ubraniowej, wreszcie większa liczba warstw, które trzeba na siebie zarzucić, by potem móc je z siebie zdjąć. Jest w tym coś pociągającego i bardzo lubię się tym napawać, póki nie przyjedzie zima, a wraz z nią zbiorowy gwałt na taliach, jakim są wszelkiego typu zimowe puchówki.
Poza tym podoba mi się też jakaś taka melancholia, zaduma, konsekwencja kolorystyczna otaczającej nas (nawet w miastach) przyrody. Nie lubię wiosny, którą właściwie mogłabym w całości przespać. Kojarzy mi się z katarem i psimi kupami na chodnikach wystającymi spod roztapiających się warstw brudnego śniegu, którego wszyscy mają już serdecznie dosyć. Nie wiem kto się wtedy budzi do życia, ale na pewno nie ja, a jesień jest dla mnie właśnie idealną na to porą! Jak napisał o mnie kiedyś (ponad dwadzieścia lat przed moim urodzeniem, dlatego nie wiedział, że powinno być „jesienNa” – wybaczam) największy znawca kobiecych dusz i pióra w jednej osobie – Jeremi Przybora:

fot. Jan Lewandowski

Wiosennych dziewcząt pełno
i letnich tyle ładnych.
Jesienną jestem jedną,
zimowych nie ma żadnych.
O tamte zresztą mniejsza,
gdy złoto i szkarłatnie
zabarwi jesień pejzaż
na przyjście tej ostatniej…
Jesiennej Dziewczyny,
odmiennej od innych…
dziewczyny z chryzantemami,
z chryzantemami.
Dziewczyny Jesiennej –
dziewczyny bezcennej
i nie zamiennej już na nic,
już na nic.

– Jeremi Przybora „Jesienna dziewczyna”

X Międzynarodowy Festiwal Muzyki Kameralnej „Muzyka na szczytach” (2018)

fot. Jurek Jurecki [zdjęcie pochodzi ze strony Tygodnika Podhalańskiego]

Niedawno w Zakopanem zakończył się znakomity – jubileuszowy już, bo dziesiąty – Międzynarodowy Festiwal Muzyki Kameralnej „Muzyka na szczytach” organizowany przez Stowarzyszenie im. Mieczysława Karłowicza. To jeden z najciekawszych i najważniejszych nie tylko w tym województwie, ale także kraju (i myślę, że nie będzie przesadą stwierdzenie, że pretendujący do miana jednego z lepszych również na arenie międzynarodowej)  festiwali muzycznych, którego zakres i rozmach poraża, a konsekwentnie w każdym roku ukazywana niesłychana umiejętność programowania zarówno każdego koncertu z osobna, jak i wszystkich ich razem jako pewnej całości, przywraca wiarę, że to, co było tak ważne dla mojego taty (i w czym był naprawdę świetny), czyli wysmakowana kompozycja jakiegokolwiek przedsięwzięcia, nie odeszło jeszcze zupełnie w zapomnienie. Bez złośliwości, a raczej z pewnym smutkiem (bo wielokrotnie niestety w latach ubiegłych „Muzyka na szczytach” pokrywała się w czasie z „Warszawską Jesienią” i moje serce, skażone od urodzenia muzyką współczesną, zawsze wybierało „Jesień”), muszę po ostatniej edycji WJ stwierdzić, że zabrakło mi teraz w Zakopanem wśród widowni twórców tego sześćdziesięcioletniego już festiwalu. Zabrakło mi ich, ponieważ w naszych prywatnych rozmowach na temat wszystkich moich wątpliwości związanych z niepokojącą mnie jakością nowego programowania „Jesieni”, poruszaliśmy się po czysto teoretycznym gruncie. „Muzyka na szczytach”, zwłaszcza tegoroczna, była namacalnym przykładem na wszystko to, co rozumiem przez termin idealna i spójna kompozycja.
Opisując „Muzykę na szczytach”, nie sposób nie wymienić nazwiska dyrektora artystycznego festiwalu (piastującego tę funkcję już od siedmiu lat) – znakomitego kompozytora Pawła Mykietyna. Nie sposób też nie wymienić nazwiska głównej pomysłodawczyni tego niewiarygodnego przedsięwzięcia – osoby, która jest w stanie dokonać rzeczy niemożliwych (a w tym specyficznym mieście niestety prawie wszystkie związane z tzw. kulturą wysoką urastają do takiej właśnie rangi), melomanki i… lekarki, prezes Stowarzyszenia im. Mieczysława Karłowicza w Zakopanem – Danuty Sztencel.

Ponieważ wpis jest wyjątkowo długi, lekturę z pewnością ułatwi klikalny
spis treści:

  1. Do DNA – spektakl muzyczny
  2. Koncert inauguracyjny – Kronos Quartet
  3. Epokowe brzmienia
  4. „Rękopis znaleziony w Saragossie” – projekcja filmu
  5. Klasycy kameralistyki – wczoraj i przedwczoraj
  6. Klasycy symfoniki – wczoraj i dziś
  7. Reminiscencje
  8. Koncert finałowy
    Penderecki w Zakopanem, które powinno się wstydzić
  9. Klub Rozmów na Szczytach

Do DNA – spektakl muzyczny
31.08.2018 – piątek

Tegoroczną „Muzykę na szczytach” poprzedziły dwie imprezy zapowiadające festiwal: „Gala Mozartowska” oraz spektakl muzyczny „Do DNA”. Pod koniec lipca, podczas „Gali Mozartowskiej”, na której niestety nie mogłam być, znakomici śpiewacy: Olga Pasiecznik (sopran) oraz Robert Gierlach (bas – baryton) wykonali duety i arie z oper Mozarta.
Druga impreza zapowiadająca odbyła się w przededniu inauguracji festiwalu. „Do DNA” – po raz pierwszy (i prawdopodobnie jedyny) wystawiony w Zakopanem, na deskach Teatru Witkacego – to spektakl dyplomowy studentów Wydziału Aktorskiego Akademii Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie, w reżyserii Ewy Kaim. Scenariusz opierający się na polskich pieśniach i przyśpiewkach ludowych, zebranych i opisanych przez Oskara Kolberga, został stworzony przez Ewę Kaim i Włodzimierza Szturca, którzy wykonali tytaniczną pracę, dokonując wyboru tych pieśni zarówno spośród tych zgromadzonych w archiwach, jak i tych z dokonanych przez siebie nagrań w terenie (niedawno obejrzana „Zimna wojna” nasuwa mi się na myśl samoistnie). Wszystkie pieśni zaaranżował kompozytor i pianista Dawid Sulej Rudnicki, umiejętnie wydobywając z nich ich surowość, ale też łącząc ją z nutą nowoczesności.
Spektakl zdobył wiele nagród i stanowił zapowiedź festiwalu w niewątpliwie pięknym stylu. Wystawienie go z tej właśnie okazji z jednej strony było ukłonem w stronę tytułowych szczytów, pod którymi tu mieszkamy i w pewnym sensie też w stronę patrona Stowarzyszenia – zakochanego w Tatrach Mieczysława Karłowicza, z drugiej zaś sprowadzeniem pod te szczyty przedsięwzięcia nietuzinkowego, intrygującego, nowoczesnego i ważnego w środowisku.
Jestem bardzo szczęśliwa, że miałam okazję zobaczyć to przedstawienie na własne oczy. Moje wrażenia są jednak dosyć mieszane. Lubię folklor przede wszystkim za to, że nie jest łatwy w odbiorze. W założeniu nie ma nikomu umilać czasu, jest raczej rodzajem języka, którym komunikują się ze sobą mieszkańcy danej społeczności. Więc bywa i wesoły (i równocześnie także miły dla ucha kogoś z zewnątrz), i bardzo nieraz gorzki i trudny. Jak to język – wyraża życie, taka jest jego podstawowa funkcja. Lubię bywać takim niezauważonym obserwatorem, lubię podsłuchiwać ten folklor, który boli, który jest w pełni autentyczny.

Można byłoby powiedzieć, że mieszkam w miejscu, gdzie tylko pójść do byle karczmy i można go usłyszeć, ale nic bardziej mylnego. Ludzie w masie nie lubią muzyki autentycznej, więc gra się dla nich skoczne słowackie czy węgierskie melodie, a muzykę ze Skalnego Podhala można usłyszeć już tylko na rodzinnych imprezach okolicznościowych (patrząc na wiek seniorów rodu, na najbliższy góralski pogrzeb wybiorę się raczej nieprędko).

– dygresja folklorystyczna

Idąc na spektakl „Do DNA”, nie liczyłam oczywiście, że usłyszę wersję nieprzetworzoną. Zdawałam sobie sprawę z tego, że będzie to rodzaj muzycznego eksperymentu, który zresztą w moim odczuciu wypadł bardzo dobrze (aranże nie zaszkodziły tym pięknym pieśniom, a nawet wydobyły z nich niesamowitą nowoczesność). Problemem było dla mnie jednak silenie się na autentyczność tam, gdzie jej być nie mogło (udawanie śpiewania gwarą, choćby i najlepsze, zawsze pozostanie – dość drażniącym na dłuższą metę – udawaniem). Ludowe przyśpiewki są bardzo proste, a jednymi z ich głównych tematów są oczywiście miłość i seks. Sam rytm, zestawione ze sobą słowa czy linia melodyczna są w nich fascynująco nasycone erotyką. Myślę, że naprawdę nie trzeba sapać do mikroportu i się nienaturalnie wdzięczyć przy każdej głosce, by widz to zrozumiał (nawet ten mniej wymagający). Nie mam oczywiście nic do konwencji porno (osobiście za jednego z ciekawszych twórców dzisiejszych czasów uważam akurat Bruce’a LaBruce’a), ale ciężko znoszę formy pośrednie. Czyli na miejscu autorów albo całkowicie poszłabym w hardcore, albo pozwoliła tym pieśniom zaistnieć bez nadmiernej gimnastyki pań śpiewających, które bardzo usilnie próbowały te przyśpiewki zdominować. Nie bardzo rozumiem czemu. Podobnie jak, rozumiejąc oczywiście niezbyt już młodą koncepcję łączenia tradycji z nowoczesnością, nie jestem przekonana, czy przykładanie widzom patelnią w głowę, w postaci odziania wspomnianych niewiast w bluzy Adidasa (choć w folklorystyczne motywy, jednak z wielkim logo wspomnianej firmy) jest pomysłem dobrym. Nieoczywistość, niedopowiedzenie, brak dosłowności to fantastyczne narzędzia, które w sztuce mają ogromną moc. Poza tym nie bardzo lubię być traktowana przez reżysera jak ćwierćinteligent. No, przynajmniej zanim nie da mi szansy się nim okazać.

Koncert inauguracyjny –
Kronos Quartet
1.09.2018 – sobota

O koncercie inauguracyjnym pisałam już jakiś czas temu – festiwal rozpoczął się jak u Hitchcocka, trzęsieniem ziemi, czyli występem znakomitego, niepowtarzalnego Kronos Quartet, a potem napięcie już tylko rosło.

Pełną recenzję tego koncertu wraz z wywiadem z Jagodą Szmytką – jedyną polską kompozytorką graną tego dnia, która w dodatku miała równocześnie światowe prawykonanie swojego najnowszego, napisanego specjalnie na tę okazję utworu – przeczytamy TUTAJ.

Epokowe brzmienia
2.09.2018 – niedziela

Klub Rozmów na Szczytach, fot. Tomasz Budzyński [zdjęcie pochodzi z galerii festiwalu Muzyka na Szczytach]

Następnego wieczoru, kiedy emocje po występie Kronosów ledwie zdążyły opaść, znakomity niemiecki kwartet klarnetowy Clarimonia Ensemble wprowadził nas w magiczny dźwiękowy świat klarnetów historycznych. Zespół powstały prawie dwie dekady temu, zgłębia i popularyzuje repertuar muzyczny przeznaczony na te instrumenty historyczne, a jego założyciel, przeuroczy i fascynujący Jochen Seggelke, zajmuje się również ich budową i rekonstrukcją. Koncert odbył się w najstarszym zakopiańskim zabytku sakralnym – prześlicznym kościółku na Pęksowym Brzyzku, w którym onegdaj ksiądz profesor Józef Tischner udzielał ślubu moim rodzicom. Z wnętrzem tego miejsca idealnie korespondowało ciepło i delikatność brzmienia instrumentów, na które komponował kiedyś Mozart. Robił to zresztą właśnie dlatego, że jego chlebodawcy nie chcieli, by zamówiona przez nich na wystawne uczty  muzyka zmuszała ich gości do przekrzykiwania się przy stole, a te klarnety nie mają fizycznej możliwości grania zbyt głośno. (Co, nawiasem mówiąc, dzisiejsi restauratorzy mogliby sobie wziąć do serca; nie przyrównując oczywiście tego, co nam na ogół serwują do muzyki Mozarta.)
W repertuarze utwory z różnych epok – od XVIII wieku po czasy współczesne: oprócz Mozarta także Telemanna, Tauscha, Starka i Strietmana. Dużym zaskoczeniem był dla mnie ten ostatni kompozytor, którego wcześniej nie znałam. Jego Musiquettes I przywodziło mi na myśl całą rzeszę różnych znanych utworów, od Błękitnej Rapsodii Gershwina po piosenki z Kabaretu Starszych Panów, a jedna część do złudzenia przypominała mi „It could be hip” Karin Krog z płyty „Bluesand”. Kiedy wspomniałam o tym Jochenowi Seggelke, śmiał się, że

właściwie ten utwór każdemu coś przypomina i to jest zawsze już prawie „to coś”, ale nigdy tak do końca „to”.

– Jochen Seggelke

Ogromną przyjemność sprawiła mi Clarimonia Ensemble swoim pięknym bisem. Mówi się, że miarą gustu artysty jest to, jak jaki repertuar sobie wybiera do bisów.

Niech za przykład posłuży Moskiewska Orkiestra Symfoniczna, która w 2001 roku po zainaugurowaniu „Warszawskiej Jesieni” – festiwalu muzyki współczesnej – i obfitych brawach, jakie za to otrzymała, „zabisowała” Jeziorem Łabędzim Czajkowskiego, od którego starszy był już tylko Mazurek Dąbrowskiego, grany zawsze z okazji rozpoczęcia festiwalu.

– dygresja bisowa

Wykonała „Salve Regina” z siedemnastego wieku (niestety nie udało mi się dosłyszeć nazwiska kompozytora), przepięknie dopełniając cały koncert. Miejsce, w którym się znaleźliśmy aż prosiło się o chociaż jeden utwór sakralny, a ten zabrzmiał w nim naprawdę poruszająco.

„Rękopis znaleziony w Saragossie”– projekcja filmu
4.09.2018 – wtorek

Poniedziałek (3 września) wyjątkowo wolny od koncertu, można było spożytkować nie tylko na cieszenie się górami, ale także na spokojne obejrzenie wszystkich bezpłatnych wystaw towarzyszących festiwalowi (i trwających przez cały jego czas), a tych organizatorzy „Muzyki na szczytach” przygotowali dla nas w sumie aż pięć (cztery w Zakopanem i jedna Bukowinie Tatrzańskiej).
Wtorek natomiast był wyjątkową ucztą nie tylko dla melomanów, ale także kinomanów! Ponieważ w tym roku osiemdziesiątą piątą rocznicę swoich urodzin obchodzi Krzysztof Penderecki, twórczość tego kompozytora, z kilku zresztą okresów, zajęła szczególne miejsce w programie również przecież jubileuszowej edycji festiwalu. Przypomniany tego wieczoru w Kinie Miejsce prawie trzygodzinny „Rękopis znaleziony w Saragossie” Wojciecha Jerzego Hasa z 1964 roku, był pierwszym i jedynym filmem, do którego Maestro skomponował całą ścieżkę dźwiękową (potem jeszcze w kilku filmach wykorzystano jego muzykę, powstałą jednak z innej okazji).
Zważywszy na to, że elektroakustyczna warstwa tej ścieżki powstała w Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia taty (dźwięk realizował Bohdan Mazurek), być może wstydem jest to, że jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam „Rękopisu…”. Tym większą radość sprawiło mi odkrycie go właśnie w tych okolicznościach (i oczywiście na dużym ekranie). Film wbił mnie w fotel – wszystkim, każdym swoim elementem. Muzyka odgrywa w nim właściwie rolę pierwszoplanową i ukazuje wielkość trzydziestoletniego zaledwie wówczas kompozytora. Bo tak doskonale stylizować niektóre fragmenty na Mozarta, inne na Beethovena, kolejne na tradycyjną muzykę hiszpańską, dodając do tego jeszcze kosmiczne przetworzone elektroakustyczne dźwięki, niesłychanie w tamtych czasach nowoczesne i awangardowe i jeszcze tak to wszystko poukładać, by tworzyło ze sobą spójną (wewnętrznie i z obrazem) całość, mógł tylko geniusz.
Do tego sama akcja filmu (oparta na powieści Jana Potockiego) to jeden wielki odjazd. Film ma już przeszło pół wieku, a ogląda się go z zapartym tchem, jakby powstał wczoraj. Z tą jednak różnicą, że pochodzi z czasów, w których aktorzy opanowali sztukę nienagannej dykcji. Może więc nie ma zaawansowanych technologii czy latających obiektów w 3D, ale za to nie trzeba za każdym razem kiedy aktor otworzy usta, wytężać całego swojego aparatu słuchowego, i tak połowy z tego, co wypowie, nie rozumiejąc (że pozwolę sobie znowu wrócić do „Zimnej wojny”). Nietaktem byłoby oczywiście pisanie, że Zbigniew Cybulski, Iga Cembrzyńska, Gustaw Holoubek, Bogumił Kobiela, Barbara Krafftówna czy Franciszek Pieczka (żeby wymienić tylko część tej elektryzującej obsady) dobrymi aktorami byli, ale jednak poraża to, jak bardzo przez ten stosunkowo niedługi przecież czas zdewaluowało się pojęcie „dobry aktor”.
Załączam dostępną w internecie ścieżkę dźwiękową filmu, ale przede wszystkim gorąco polecam obejrzenie go (w całości)!

Klasycy kameralistyki –
wczoraj i przedwczoraj
5.09.2018 – środa

Zawodowe obowiązki niestety uniemożliwiły mi wybranie się na środowy koncert, czego do teraz nie mogę odżałować, bo wiem (znając wszystkie wykonywane na nim utwory, a także rozmawiając z zachwyconą publicznością), że był niesamowity. W programie znalazły się cztery tria trzech różnych kompozytorów (tworzących w XIX, XX i na przełomie XX i XXI wieku) na różne składy: dwa fortepianowe, jedno na fortepian, skrzypce i waltornię oraz jedno na skrzypce, róg i fortepian.

Gorąco zachęcam do wysłuchania ich właśnie w zaproponowanej przez organizatorów kolejności, za którą chylę czoła!

Klasycy symfoniki – wczoraj i dziś
6.09.2018 – czwartek

Kolejnym pięknym koncertem był króciutki, ale przejmujący koncert czwartkowy, podczas którego znakomity Zespół Muzyki Dawnej Konfraternia Caper Lublinensis wykonał Trzy utwory w dawnym stylu Pendereckiego (stanowiące część ścieżki dźwiękowej do „Rękopisu znalezionego w Saragossie”), Koncert skrzypcowy  D-dur Mozarta oraz Symfonię nr 45 fis-moll, Pożegnalną Haydna.
Chyba po raz kolejny przekonałam się o tym, że przy całym szacunku i uznaniu, z Mozartem mam tak jak z Chopinem. Jego muzyka (może oprócz fenomenalnego Requiem) nigdy nie trafia do mojego serca, a zawsze gdzieś obok, w zupełnym przeciwieństwie do Haydna, który mnie zachwyca totalnie. Słuchania muzyki dawnej ciągle się jeszcze uczę. Nie jest to dla mnie jednoznaczne i proste. Są oczywiście wyjątki, takie jak większość muzyki średniowiecznej i wczesnorenesansowej, genialny Bach czy cudowny Szostakowicz, ale na pewno łatwiej mi słuchać Stockhausena niż Straussa.
To w pewnym sensie dość zabawne, że „Muzyka na szczytach” swoją widownię powoli, konsekwentnie i z cierpliwością otwiera na nowe, coraz bardziej współczesne brzmienia, obierając za punkt wyjścia muzykę dawną, prostszą do przyswojenia. Z mojej jednak perspektywy, czuję się wrzucona na dość głęboką poważną dawną wodę, tylko od czasu do czasu łapiąc się znajomych kół ratunkowych, w postaci np. Trzech utworów w dawnym stylu Pendereckiego. Ale to bardzo ciekawe i ważne dla rozwoju doświadczenie. Zwłaszcza, że podczas tego festiwalu mamy do czynienia nie tylko ze znakomitym programem, co będę do znudzenia powtarzać, ale także z doskonałymi wykonawcami (kluczem nie zawsze jest ich ogromna rozpoznawalność, ale zawsze prezentowany przez nich najwyższy muzyczny poziom).

Reminiscencje
7.09.2018 – piątek

Po piątkowym koncercie, którego myśl przewodnią stanowiło wspominanie tego, co było (bardzo zresztą wielopłaszczyznowe), wszyscy wyszli z kościoła, w którym się odbywał, jacyś tacy odmienieni, zamyśleni. Jedna znajoma stwierdziła, że „on był jak modlitwa”. Mam właściwie bardzo zbliżone odczucia. Było nostalgicznie i w pełnym tego słowa znaczeniu po prostu pięknie. W programie usłyszeliśmy utwory współczesne (Maciejewskiego, Pendereckiego, Panufnika, Przybylskiego i Schönberga) będące albo hołdem złożonym innym artystom bądź ich dziełom, albo swoistego rodzaju rozliczeniem kompozytora z przeszłością.
Bardzo mnie poruszył zwłaszcza Verklärte Nacht Arnolda Schönberga, który, choć pisał fantastycznie, zaczynał się już straszliwie męczyć w kajdanach tonalności, co pchnęło go jakiś czas później do kompletnego zrewolucjonizowania myślenia o muzyce i zaproponowania światu dodekafonii i atonalności.

Koncert finałowy
Penderecki w Zakopanem, które powinno się wstydzić
8.09.2018 – sobota

W przeciwieństwie do poprzednich tytułów koncertów, które wymyślili organizatorzy festiwalu, ten powyższy (kursywą) jest oczywiście mój, ale po kolei.
Koncert finałowy okazał się wisienką na torcie. Choć trudno było sobie nawet wyobrazić już jakiekolwiek zaskoczenie, kiedy cały festiwal prezentował tak wysoki poziom, jednak jakoś udało mu się przerosnąć najśmielsze oczekiwania. Znakomita (to frazowanie, ta dynamika, to zgranie!), najmłodsza w kraju, Orkiestra Akademii Beethovenowskiej utworzona przez pierwszą damę polskiej muzyki – Elżbietę Penderecką (która pojawiła się wraz z mężem na tym koncercie osobiście) pod batutą  fenomenalnego – ściśle współpracującego z Krzysztofem Pendereckim – Macieja Tworka wykonała Sinfoniettę no. 1 per archi i Concerto per flauto ed orchestra da camera (na flecie Łukasz Długosz) Pendereckiego oraz VII Symfonię d-moll, op. 70 Dvořáka. W ramach bisu sam Penderecki zadyrygował swoim poruszającym „Agnus Dei”, które – jak w przypadku bisu Clarimonii Ensemble – wywołało we mnie podobne emocje. Znów byliśmy w kościele i znów wypełniająca go tak piękna muzyka sakralna była idealnym dopełnieniem całości koncertu, a w tym wypadku także zamknięciem całego festiwalu.
A teraz kilka gorzkich słów o wstydzie. Można sobie zadać pytanie czemu ciągle siedzieliśmy w jakimś kościele. Otóż nie z powodu nadmiernej pobożności wszystkich organizatorów, lecz braku sali koncertowej. Tak, choć pewnie ciężko to sobie wyobrazić, Zakopane, splecione już nierozerwalnie z nazwiskami Karłowicza, Szymanowskiego czy Góreckiego od kilkudziesięciu lat nie ma sali koncertowej, od czego gorsze jest właściwie już tylko to, że nie ma też potrzeby stworzenia takiej sali, która byłaby równocześnie ośrodkiem kultury, kształcącym i uwrażliwiającym nowe pokolenia melomanów. Problem jest znacznie poważniejszy niż polityczne przepychanki. Miasto od kiedy sięgnę pamięcią, kto by nie był u jego władzy, nie jest zainteresowane kulturą wysoką. Wybudowanie takiej sali jest już od lat jednym z celów Stowarzyszenia im. Mieczysława Karłowicza.
W ramach festiwalu codziennie przed koncertem odbywał się „Klub Rozmów na Szczytach”, który bardziej szczegółowo opiszę za chwilę. Przed koncertem finałowym Maestro Penderecki zaszczycił nas, wraz z małżonką, swoją obecnością na takim spotkaniu. Rozmawialiśmy głównie o muzyce, jednak w pewnym momencie został poruszony problem braku sali, co być może zaowocowało tym, że tuż przed wieczornym koncertem w trakcie licznych podziękowań, Krzysztof Penderecki, korzystając z dostępu do mikrofonu, nazwał sprawę po imieniu, stwierdzając:

– Brak sali koncertowej w Zakopanem to wstyd dla miasta.

– Krzysztof Penderecki

Co spotkało się oczywiście z zasłużonymi gromkimi brawami. Brawami, które (na przemian z buczeniem) chwilę później celowo zagłuszały przemówienie zastępcy burmistrza, kiedy już dowiedzieliśmy się z niego m.in., że „miasto wykonuje wiele w celu popularyzacji muzyki, na przykład… transmituje Sylwestra”, a także, że „bardzo potrzebujemy wsparcia Krzysztofa Pendereckiego do budowy takiej sali”. Innymi słowy muzyka ma się u nas dobrze, bo przecież wystąpił tu Sławomir, a zasłużony na świecie, osiemdziesięciopięcioletni kompozytor w ogóle z Zakopanem nie związany ani rodzinnie, ani sentymentalnie jest potrzebny, by komuś na drugim końcu Polski zechciało się zrobić coś ważnego dla tak naprawdę siebie, swoich dzieci i wnuków. Zawsze uważałam, że kompozytorzy są światu potrzebni, ale przecież nie do tego!
Ogromnym paradoksem jest to, że cała ta żenująca sytuacja (przemówień kompletnie nie na miejscu) z pewnością nie powinna zaistnieć w kościele, jednak… nie mamy sali. Z drugiej strony, gdybyśmy ją mieli, przemówienia okazałyby się zbędne.
Tak czy tak, jeśli kiedykolwiek, za którejkolwiek władzy taka sala w Zakopanem wreszcie powstanie, trzeba pamiętać, że w znacznej mierze będzie to przede wszystkim sukces Danuty Sztencel – największej orędowniczki tego pomysłu.

Klub Rozmów na Szczytach

Klub Rozmów na Szczytach, fot. Tomasz Budzyński [zdjęcie pochodzi z galerii festiwalu Muzyka na Szczytach]

Jak wspomniałam wyżej, każdego dnia koncertu (czyli z wyjątkiem poniedziałku i wtorku) o godzinie 12.00 w cudownym wnętrzu Willi „Dom pod Jedlami”, niedostępnym niestety na co dzień zwiedzającym, gościł „Klub Rozmów na Szczytach”, czyli spotkania z artystami, którzy tego dnia grali podczas wieczornego koncertu. Wszystkie rozmowy, podobnie zresztą jak koncerty, prowadzone były przez znakomitych dziennikarzy muzycznych, spośród których muszę wyróżnić wspaniałą Agatę Kwiecińską, urzekającą gigantyczną wiedzą, kulturą osobistą, taktem i klasą.
Mieliśmy fantastyczną możliwość poznania osobiście nie tylko wspaniałych instrumentalistów, ale przede wszystkim wrażliwych, bogatych wewnętrznie erudytów, którzy dzielili się z nami cząstką swojego cudownego świata. Wzruszyła mnie np. Sunny Yang, wiolonczelistka Kronos Quartet, mówiąc:

– Zanim zaczęłam mówić, moim pierwszym językiem była muzyka. Dlatego grając, mogę najpełniej wyrażać swoją prawdę.

– Sunny Yang

Czyż to nie piękne? Czy też Jochen Seggelke z Clarimonia Ensemble, który na pytanie, czy kiedy zaczynał swoją przygodę z budowaniem klarnetów historycznych, jego rolą było wykonanie tylko jakiejś części takiego instrumentu (a zaczął tę przygodę z potrzeby serca, niewiele na samym początku o tym fachu wiedząc), odpowiedział z ogromnym, szczerym uśmiechem:

– Nie, na szczęście miałem ten komfort, że od początku do końca robiłem wszystko zupełnie sam.

– Jochen Seggelke

Jubileuszowa edycja „Muzyki na szczytach” z pewnością przejdzie do historii jako wielkie święto muzyki. Mnie przeniosła na chwilę w inny wymiar. Wymiar, w którym brak jazgotu i tej panoszącej się, przyjmowanej już bezwiednie bylejakości. Wymiar, w którym szanuje się słuchacza i zapełnia się mu ciszę tylko tym, co jest tego naprawdę warte.

„Landfall” Laurie Anderson

fot. Marianna Patkowska

płyta z autografami członków Kronos Quartet: “For Marianna with warmest wishes” 😉

wytwórnia: Nonesuch Records
rok wydania: 2018

Kiedy kilka miesięcy temu udałam się do EMPIK-u, nabyć najnowsze dzieło Laurie Anderson, trochę zaskoczona wysoką ceną, zapytałam (myśląc, że może jest też do niej dołączona jakaś część wideo):

– Czy na tej płycie jest tylko muzyka?
Na co pan sprzedawca odparł:
– Nie, jest jeszcze Kronos.

– dialog w EMPIK-u

Co prawda oprócz muzyki – pomijając Kronosów, rzecz jasna – żadnego dodatku wideo się nie doszukałam, jednak „Landfall” jest zdecydowanie krążkiem wartym każdych pieniędzy.
O tej przepięknej płycie wspominałam już niejednokrotnie na blogu, nigdy jednak nie poświęciłam jej odrębnego wpisu, co nadrabiam teraz, bogatsza o spotkanie z członkami Kronos Quartet. Przede wszystkim została wydana równolegle z uzupełniającą ją książką „All the things i lost in the flood”. Dotyka tej samej tematyki – huraganu Sandy szalejącego w 2012 roku, skutkiem którego Laurie Anderson straciła dorobek całego życia (jej piwnica została zalana ogromną falą powodziową, doszczętnie niszczącą obrazy, rzeźby, komputery, materiały muzyczne, instrumenty i książki artystki). Na temat niesamowitego podejścia artystki do swojej osobistej tragedii pisałam szerzej w recenzji „All the things i lost in the flood”, więc dziś skupię się przede wszystkim na warstwie muzycznej „Landfall”.
Kiedy w 2012 roku, David Harrington (założyciel i pierwszy skrzypek Kronosów) zaproponował Laurie Anderson napisanie huraganowej suity na kwartet i głos, Laurie była przerażona. Mimo że jest świetną skrzypaczką i doskonale zna możliwości swojego instrumentu, jednak nie była do pomysłu napisania utworu na kwartet do końca przekonana.

Parę razy próbowałam orkiestracji, co było katastrofalne. Fagoty grały to, co powinny grać wiolonczele, wszyscy byli w złym rejestrze. To był chaos. Orkiestracja jest formą sztuki, o której wiedziałam, że nigdy jej nie opanuję.

– Laurie Anderson

Harrington pozostał jednak niewzruszony i jako człowiek niewiarygodnie uparty i dążący do obranych przez siebie przepięknych muzycznych celów, postawił na szczęście na swoim. Suita już w 2013 roku została wykonana przez muzyków publicznie, a rok później dokonano nagrania (choć oficjalnie płytę wydano dopiero w 2018 roku).
Jest bardzo melancholijna i – choć styl Anderson jest oczywiście mocno wyczuwalny – bardzo różni się od wszystkich poprzednich krążków artystki. Muszę przyznać szczerze, że nie była to dla mnie miłość od pierwszego wysłuchania. Od kilku lat jestem wyznawcą innego dzieła Laurie – „Homeland”, do tego „Landfall” dołączył do mojej płytoteki w dosyć intensywnym dla mnie zawodowo momencie, a płyta niewątpliwie wymaga skupienia i wysłuchania w całości. Dlatego podejść robiłam kilka, aż w końcu mogłam z nią wreszcie pobyć sam na sam podczas długiej podróży do Hagi na koncert artystki i wtedy, po kilkukrotnym wysłuchaniu, byłam już zupełnie kupiona, urzeczona i zafascynowana wielkością tej muzyki. Przede wszystkim jej prostotą i jakąś taką nienachalną podniosłością. Kwartet brzmi tu znakomicie i jest bardzo tylko nieznacznie przetwarzany, od czasu do czasu mieszając się z subtelną elektroniką. Wszystko się cudownie splata i przenika. Kojący, tym razem dosyć smutny głos Laurie z jednej strony uzależnia, a z drugiej – mocno porusza.
Od czasu wyjazdu do Hagi, wysłuchałam „Landfall” już chyba trzycyfrową liczbę razy i nadal mi się nie nudzi. Jest to krążek zdecydowanie magiczny i wyjątkowy.
Kiedy podczas niedawno odbywającego się tu Klubu Rozmów na Szczytach w ramach festiwalu „Muzyka na szczytach” zobaczyłam i usłyszałam Davida Harringtona po raz pierwszy, od razu zrozumiałam jak znakomite porozumienie z Laurie Anderson musi mieć. Wydał mi się niemal jej męskim odpowiednikiem – cudownie delikatny, wrażliwy, o ogromnej wiedzy, przepięknie posługujący się językiem. Miałam, po koncercie Kronosów w Zakopanem, ogromny zaszczyt i przyjemność zapytać go osobiście o jedną, intrygującą mnie rzecz:

Marianna Patkowska: Dlaczego zaprosił pan do współpracy właśnie Laurie Anderson? 

David Harrington: Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem na żywo koncert Laurie Anderson, od razu wiedziałem, że musimy z nią coś stworzyć i nagrać. To było… trzydzieści lat temu, w 1988 roku. Tak więc wybór Laurie był dla mnie oczywisty, bo urzekła mnie absolutnie wszystkim, jednak na sprzyjające okoliczności musieliśmy trochę poczekać.

Tak na marginesie, trzydzieści lat to ⅔ istnienia tego zespołu. Wszyscy członkowie, którym dałam tę płytę do podpisania i którym uścisnęłam dłoń, dziękując za piękne przeżycia, których mi dostarczyli, z ogromną czcią i szacunkiem wypowiadali się o Laurie Anderson, wspominając wspólne nagrywanie. Każdy z nich mówił, że jest niesamowitą, cudowną osobą i że praca nad tą płytą przyniosła im mnóstwo radości. To było naprawdę wzruszające usłyszeć, jak pięknie o tym mówili, z jak żywymi emocjami.
Wśród muzyków jazzowych pokutuje przekonanie, że im bardziej oni sami się cieszą ze swojego wykonania, tym mniej się z niego cieszą słuchacze. Na szczęście w najmniejszym nawet stopniu nie przekłada się to na zadowolenie Kronosów z płyty „Landfall” 😉

Spis utworów:

  1. CNN Predicts a Monster Storm
  2. Wind Whistles Through the Dark City
  3. The Water Rises
  4. Our Street Is a Black River
  5. Galaxies
  6. Darkness Falls
  7. Dreams
  8. Dreams Translated
  9. The Dark Side
  10. Built You a Mountain
  11. The Electricity Goes out and We Move to a Hotel
  12. We Learn to Speak Yet Another Language
  13. Dawn of the World
  14. The Wind Lifted the Boats and Left Them on the Highway
  15. It Twisted the Street Signs
  16. Then It Receded
  17. The Nineteen Stars of Heaven
  18. Nothing Left but Their Names
  19. All the Extinct Animals
  20. Galaxies II
  21. Never What You Think It Will Be
  22. Thunder Continues in the Aftermath
  23. We Blame Each Other for Losing the Way
  24. Another Long Evening
  25. Riding Bicycles Through the Muddy Streets
  26. Helicopters Hang Over Downtown
  27. We Head Out
  28. Everything Is Floating
  29. Gongs and Bells Sing
  30. Old Motors and Helicopters

Kronosi w Zakopanem!

fot. Tomasz Budzyński [zdjęcie pochodzi z galerii festiwalu Muzyka na Szczytach]

Zespołu Kronos Quartet prawdopodobnie nikomu przedstawiać nie trzeba. Ten amerykański kwartet założony dokładnie czterdzieści pięć lat temu przez Davida Harringtona (pierwszego skrzypka) jest dziś jednym z najbardziej wszechstronnych i rozpoznawalnych na świecie. W jego repertuarze znajduje się muzyka kompozytorów tworzących bardzo różne gatunki muzyczne – od muzyki poważnej, poprzez ludową, aż po jazzową i ogólnie pojętą rozrywkową. Kronos Quartet współpracował m.in. z Arvo Pärtem, Laurie Anderson, Philipem Glassem, Davidem Bowie czy Nelly Furtado; odcisnął też ogromne piętno na muzyce światowej oraz polskiej, zamawiając u wielu wspaniałych kompozytorów znakomite kwartety, które prawdopodobnie bez uporu charyzmatycznego Davida Harringtona nigdy by nie powstały. My zawdzięczamy Kronosom trzy doskonałe kwartety Henryka Mikołaja Góreckiego – na pierwszy (jeden z moich ulubionych utworów z dzieciństwa) zespół musiał czekać sześć miesięcy, na porażający drugi – dziesięć lat. Czym jest jednak czas wobec wielkości efektów…
Zakopane po raz pierwszy miało niesamowity zaszczyt gościć Kronosów we wrześniu 2009 roku na koncercie inaugurującym I Międzynarodowy Festiwal Muzyki Kameralnej „Muzyka na szczytach” organizowany przez Stowarzyszenie im. Mieczysława Karłowicza. Dziś, jubileuszową już edycję tego festiwalu znowu otworzył Kronos Quartet, co świadczy o nieprawdopodobnym rozmachu twórców tego fantastycznego i niezwykle ważnego przedsięwzięcia.
W minioną sobotę (1.09.2018) w kościele św. Krzyża (będącym nieustająco najlepszą i ciągle niestety jedyną salą koncertową Zakopanego) usłyszeliśmy utwory napisane w ramach Fifty for the Future (autorskiego projektu zespołu, mającego na celu ułatwienie początkującym kwartetom dostępu do najnowszej muzyki i stworzenie w ciągu pięciu lat pięćdziesięciu nowych kwartetów zamawianych u dwudziestu pięciu kompozytorek i dwudziestu pięciu kompozytorów z całej kuli ziemskiej), światowe prawykonanie najnowszego utworu „means of transport” jednej z najciekawszych polskich kompozytorek młodego pokolenia – Jagody Szmytki, kilka lżejszych aranżacji utworów rozrywkowych oraz klasykę już gatunku, znakomity utwór „Different Trains” pioniera minimalizmu – Steve’a Reicha.
Mimo że nie jestem fanką mieszania stylów, a już tym bardziej łączenia wybitnych dzieł współczesnych z muzyką łatwiejszą i lżejszą w odbiorze, uważam, że program (ustalony przez sam zresztą kwartet) się jednak zdumiewająco obronił, tworząc cudowną klamrę. Zupełnie ponadczasowy, ciągle hipnotyzujący i świeży, choć liczący już ponad trzy dekady, utwór Reicha pięknie zamknął to, co otworzyła doskonała, głęboka, intrygująca i bardzo poruszająca kompozycja Jagody Szmytki „means of transport”.
Wśród dwóch bisów znalazła się aranżacja „Summertime” w wersji Janis Joplin i wtedy już oficjalnie zakochałam się w Davidzie Harringtonie. Jeszcze nigdy nie słyszałam tak seksownych skrzypiec. Kiedy zamykałam oczy, słyszałam Janis – frazował zupełnie jak ona.
Po koncercie miałam ogromną przyjemność spędzić z Kronosami kilka pięknych chwil. Harrington (który pamiętał mojego tatę z czasów, kiedy kwartet występował na „Warszawskiej Jesieni”) okazał się rozbrajająco uroczym, delikatnym, skromnym i niezwykle serdecznym człowiekiem o wyjątkowej aurze. Jednym z tych, z którymi spotkanie coś w nas na zawsze zmienia. Na lepsze.

Z wielką radością załączam pierwszy historii tego bloga wywiad.

WYWIAD Z JAGODĄ SZMYTKĄ

Jagoda Szmytka i David Harrington, fot. Tomasz Budzyński [zdjęcie pochodzi z galerii festiwalu Muzyka na Szczytach]

Marianna Patkowska: Jagodo, przede wszystkim jeszcze raz ogromnie ci gratuluję twojego najnowszego fantastycznego, poruszającego utworu. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak znakomicie tematycznie i estetycznie współgrał z kompozycją (już ponad trzydziestoletnią!) „Different Trains” Steve’a Reicha. Czy pisząc „means of transport” specjalnie na tę okazję, miałaś świadomość, że Kronosi postanowili zakończyć swój koncert utworem Reicha na ten sam skład (kwartet z elektroniką) oraz dotykający tej samej problematyki (transportu, ruchu), co Ty?

Jagoda Szmytka: Nie, nie wiedziałam o tym. Gdybym wiedziała, poszłabym w pisaniu swojego utworu w troszkę inną stronę.

M.P.: Jaką?

J.S.: Byłam zupełnie porwana tym wykonaniem Kronosów. Mój utwór byłby inny, gdybym miała możliwość spotkania się z muzykami wcześniej; gdybym mogła z nimi dłużej pracować i gdybym miała okazję przed rozpoczęciem pracy nad „means of transport” usłyszeć to, co zrobili z „Different Trains” Reicha podczas tego koncertu.

M.P.: Mówisz o ich interpretacji czy energii?

J.S.: O jednym i drugim, ale zwłaszcza o energii.

M.P.: Wspominałaś, że twoją ogromną muzyczną inspiracją jest twórczość Mortona Feldmana. Czy cenisz Reicha i przede wszystkim jaki jest twój stosunek do tego konkretnego jego utworu – „Different Trains”?

J.S.: Feldman jest dla mnie tak ważny przede wszystkim z powodu swojej koncepcji ścisłego splatania kultury i sztuki z życiem człowieka. W dzisiejszych czasach ciągle jeszcze koncerty wykonuje się w odgórnie przeznaczanych do tego salach.  Ja sama bardzo często pracuję w przestrzeniach otwartych i poprzez instalacyjne formaty zbliżam się do człowieka i architektury. Z tym, że architektury nie w takim sensie jak u Xenakisa [znakomitego kompozytora i architekta, który zapisywał swoje utwory za pomocą figur geometrycznych – przyp. M.P.], tylko w znaczeniu czegoś, co się zamieszkuje. Nie jestem kompozytorem jednej estetyki – dobieram je w zależności od potrzeb. Lubię się z publicznością kontaktować w różnych formatach. „Different Trains” wspaniale się słucha, ten utwór się właściwie nie starzeje. Jest to zupełnie inna, niż u Feldmana estetyka dźwiękowa, ale to jest ciekawe. Ja lubię bawić się brzmieniowością w różny sposób. W ostatnim czasie, jako twórca, zahaczyłam nawet o techno.

M.P.: Sama wychowałam się na muzyce elektroakustycznej, więc łączenie tradycyjnych instrumentów z elektroniką jest dla mnie oczywiste. Bardzo mnie jednak ciekawi, jak podchodzisz do tego jako kompozytorka tak niesamowicie elektroniki świadoma, zawsze idealnie nią operująca. Czy jest dla ciebie po prostu jednym z wielu instrumentów i traktujesz ją na równi z nimi, czy masz może do jej używania inny stosunek?

J.S.: Bardzo lubię żonglować wszystkimi dostępnymi mediami – nie chcę się ograniczać do jednego. W swojej pracy wykorzystuję nowe i stare media elektroniczne, także z obrazem i z amplifikacją czy spreparowanymi głośnikami, traktując je na równi z każdym innym instrumentem, gdyż są to po prostu kolejne środki wyrazu. Jestem zafascynowana różnorodnością mediów i uważam, że jest to znak czasów, postęp. Wspaniale, że mamy do takiej palety dostęp – chcę z tego garściami korzystać.

M.P.: Bardzo dziękuję za rozmowę i cudowne emocje, których dostarczasz swoją muzyką za każdym razem.