Wegetariański sos do spaghetti bolognese

fot. Marianna Patkowska

Kiedy ponad pół roku temu rzuciłam z dnia na dzień mięso (pozostając jedynie przy rybach i owocach morza), nie miałam wątpliwości, czy w tym wytrwam. Jestem zawzięta, zdeterminowana i silna. Myślałam jednak, że to wszystko będzie trochę trudniejsze. Tymczasem okazało się, że zmiany diety prawie w ogóle nie odczułam. Wczoraj jednak po raz pierwszy zatęskniłam za… mięsem mielonym. Zaczęłam się intensywnie zastanawiać, czym je zastąpić, bo soja nie rozwiązuje jednak wszystkich problemów. Jak już wspominałam, przygotowywanie wegetariańskich wersji dań pobudza kreatywność, więc i tym razem doznałam olśnienia – kasza jęczmienna! W konsystencji przypomina grudki usmażonego mielonego mięsa, więc pozostawało ją tylko mądrze przyprawić. Intuicja mnie nie myliła, a danie przerosło moje najśmielsze oczekiwania! 🍝

SKŁADNIKI:

– torebka kaszy jęczmiennej
– zmielona suszona kozieradka
– zmielona wędzona papryka
– suszony lubczyk
– suszony majeranek
– zioła prowansalskie
– ząbek czosnku
Olej Kujawski z rozmarynem, oregano i bazylią
– 3 obrane i pokrojone w kostkę cebule
– puszka krojonych pomidorów
– łyżka koncentratu pomidorowego
– 2 łyżki przecieru pomidorowego
– suszone oregano
– suszona bazylia
– sól himalajska
– olej rzepakowy

PRZYGOTOWANIE:

Ugotować kaszę w osolonej wodzie zgodnie z instrukcjami na opakowaniu. Odcedzić i połączyć z kozieradką, wędzoną papryką, lubczykiem, majerankiem i solą do smaku. Wycisnąć czosnek i wlać kilka kropli Oleju Kujawskiego z rozmarynem, oregano i bazylią, a potem wszystko dobrze wymieszać. Na końcu podsmażyć na patelni na tym samym oleju.

fot. Marianna Patkowska

Cebulę zeszklić na oleju rzepakowym, dodając do niej w trakcie smażenia odrobinę soli. Połączyć zeszkloną cebulę z naszym wege-mielonym, smażąc wszystko razem na wolnym ogniu przez maksymalnie 3 minuty.

fot. Marianna Patkowska

Do garnka wlać zawartość puszki pomidorów, połączyć z koncentratem i przecierem, posolić, zagotować, zmiksować na jednolitą masę, a potem połączyć z przygotowanym wcześniej farszem. Wszystko razem wymieszać, dodać suszoną bazylię i oregano i dusić na wolnym ogniu ok. 5 minut.

fot. Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę przeuroczą, pozostającą w pewnym związku z mięsem mielonym, kultową scenę z filmu „Zakochany kundel”.

Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe, czyli dlaczego warto nauczyć się ze sobą wytrzymywać

fot. Marianna Patkowska

Słowa Iyanli Vanzant:

Jeżeli sam nie jesteś w stanie ze sobą wytrzymać, nie skazuj na to innych!

– Iyanla Vanzant

mocno do mnie trafiły. Rozumiałam je jako sugestię, że nie wolno nam traktować drugiego człowieka jako wybawiciela od nas samych. Takie oczekiwanie jest niewiarygodnym obciążeniem, którego żaden niezaburzony partner na siebie nie weźmie (przyciągniemy więc do siebie partnerów toksycznych, z którymi możemy zbudować jedynie toksyczne związki).

♠️ Nieumiejętność bycia samemu

fot. Marianna Patkowska

Dlaczego nieumiejętność bycia samemu i idąca za nią ciągła potrzeba trwania w jakimkolwiek związku to rodzaj emocjonalnego kalectwa, nie trzeba pewnie nikomu tłumaczyć. Jeśli nasza własna relacja ze sobą nie jest na tyle dobra, żebyśmy umieli ze sobą żyć, oznacza to tylko jedno – jesteśmy słabymi partnerami. I o ile – z niemożliwości rozstania się z samym sobą – można, na ogół dopiero poprzez długi i żmudny proces terapii, stać się w końcu dla siebie partnerem idealnym już podczas trwania tego związku, o tyle żadnej innej osoby nie da się zobowiązać (ani szczerym uczuciem, ani jakąkolwiek przysięgą) do znoszenia tego, co w nas nie do zniesienia. My musimy – nikt inny już nie. Uporanie się z tym, to tylko i wyłącznie nasz obowiązek. Literatura pokazuje nam romantyczne trzpiotki, zakochane w byciu zakochaną, skaczące z jednej relacji w drugą, nieszczęśliwe u boku siebie samych. Wydaje się to nawet umiarkowanie urocze, kiedy opisywana niewiasta jest młodziutka i niedoświadczona. Wzbudza to może chwilową opiekuńczość i chęć wybawienia, ale w rzeczywistości to pułapka. Jeśli chcemy ratować kogoś (niezależnie od jego płci oczywiście) od dramatu… bycia z nim, wchodzimy na sporej wielkości minę. Jako osoba długo lecząca się ze współuzależnienia, wiem doskonale o czym piszę, bo byłam tam nie raz. Nie można pomóc komuś w jego własnej relacji z nim samym.
Pozostawmy romantyczne mrzonki tam, gdzie ich miejsce, czyli w zamkniętej w wieku lat piętnastu i odłożonej na półkę książce i spróbujmy sobie uświadomić, że jest tylko jedna osoba, która może zapełnić pustkę, którą czujemy. Najwspanialszy, najbardziej namiętny i najczulszy kochanek, wpatrzony w nas jak w obraz, skłonny za nami skoczyć w ogień, nie jest w stanie, choćby nawet chciał, dać nam tego, czego potrzebujemy… od siebie samych. W każdym z nas jest jakiś brak. Tylko jeśli go dobrze rozpoznamy (a na to potrzeba czasu), będziemy umieli go sobie wypełnić. Wiedza, czego nam trzeba jest głęboko w nas. Nie zagłuszajmy tego niepotrzebnym szumem. Najpiękniejsze perfumy i dezodoranty też na nic się zdadzą, jeśli zaniedbamy higienę.
Dobrze też pamiętać, że związek sam w sobie nie jest żadną wartością. (Jeśli nie mamy tej pewności, warto uważnie prześledzić losy bohaterów serialu dokumentalnego „Chłopaki do wzięcia”.) Wartością jest człowiek. Zróbmy wszystko, by stworzyć najlepszą relację z samym sobą, bo nasze stosunki z innymi ludźmi są tylko jej odbiciem.

No i… postarajmy się nie być bohaterami krążącego po sieci żartu:

ZWIĄZEK ZE MNĄ

zalety: związek

wady: ze mną

♠️ Nieumiejętność bycia w związku

fot. Marianna Patkowska

Wsłuchanie się w siebie i świadomość, że możemy liczyć tylko i wyłącznie na siebie samych, zwłaszcza jeśli jest to stan, który wypracowaliśmy dopiero niedawno, może paradoksalnie stanowić pewną przeszkodę dla wejścia w zdrowy związek. Prawdopodobnie najbardziej dla tych z nas, którzy byli wcześniej w relacjach toksycznych i pamiętają, jak może się skończyć zbyt duża uległość (na ogół przemocą). Odnaleziona w sobie siła – u mnie w pełni dopiero na początku tego roku dzięki Drapieżnikowi – cieszy nas jak nowa zabawka. Nie chcemy się nią ani dzielić, ani jej choć na chwilę odłożyć. Jednak w partnerstwie od czasu do czasu będziemy musieli. I to też jest w porządku. Jeśli zwiążemy się z kimś, kogo bezgranicznie kochamy, kogo uważamy za dobrego człowieka, kto nas idealnie uzupełnia i jest naszym najlepszym przyjacielem, nie pozbawiajmy go możliwości zobaczenia nas, kiedy jesteśmy słabi i bezbronni – to jeden z piękniejszych dowodów zaufania, a zarówno obdarzenie zaufaniem, jak i świadomość, że się jest nim obdarzonym są podstawą dobrej relacji. Niezdrowe jest tylko odkrywanie się z tym przed manipulatorami i przemocowcami. Jeśli kiedykolwiek nam się to przydarzyło, pamiętajmy, że dziś jesteśmy o to doświadczenie mądrzejsi. Uwierzmy w siebie. Nie bójmy się, że stracimy w czyichkolwiek oczach, pokazując wszystkie swoje barwy. Nawet jeśli tak się stanie, to dobrze – zdobędziemy pewność, że z odsuwającą się od nas w naszej bezradności osobą nie warto niczego budować. Podziękujmy jej za to. Dużo poważniejszy problem będziemy jednak mieli, jeśli nie zdołamy się obnażyć przed kimś, kto na to zasługuje. Zaryzykujmy!

♠️ Zdrowy balans

fot. Marianna Patkowska

Spośród wszystkich rodzajów nałogów, udało mi się nie wpaść w żaden oprócz… uzależniania się od partnera. Tymczasem zdrowy związek to związek dwóch całości, a nie dwóch połówek, o czym już wielokrotnie pisałam (i zamierzam o tym do złudzenia przypominać, również sobie samej). Jak więc z jednej strony zachować siebie i być silnym, a z drugiej, umieć przed ukochaną osobą zdjąć zbroję? Odpowiedź jest prosta: trzeba znaleźć w sobie zdrowy balans. Oczywiście dużo łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Mnie bardzo pomogło zdobyte w kontakcie z Drapieżnikiem doświadczenie trzech płaszczyzn: zewnętrznej (którą można nazwać w uproszczeniu „obiektywną”), wewnętrznej naszej oraz wewnętrznej drugiej strony. Pisałam o tym wtedy tak:

Przy skrajnie odmiennych światopoglądach z Drapieżnikiem, przed walką i ranieniem się chroniło nas oboje częste spotykanie się na płaszczyźnie zewnętrznej i dyskusja oparta na starej, dobrej, wypróbowanej […] metodzie majeutycznej – wygrywały argumenty logiczne, a więc… Prawda. […]
Gdyby moje uczulenie na relatywizm moralny zderzyło się z niepewnością i zakrzykiwanymi ranami Drapieżnika, oprócz bólu i rosnącej  frustracji nic by z tego nie było. Co dowodzi, że płaszczyzna wewnętrzna (któregokolwiek z nas) nie byłaby miejscem odpowiednim.
Z kolei do jakiegoś odsłonięcia się, które też jest przecież ważne, potrzebujemy się odwiedzać w swoich wnętrzach. Tym jest troska – leży nam na sercu, jak druga osoba się z czymś poczuje, próbujemy zrozumieć motywy jej zachowania. Trzeba jednak mimo wszystko uważać. Pamiętać, że czyjeś wnętrze nie jest tożsame z naszym i nigdy się w nim zbyt długo nie zasiedzieć. Relacja może być wręcz idealna, jeśli będziemy się po tych w sumie trzech płaszczyznach sprawnie przemieszczać.

„Wycieczka na planetę Dyskomfort”

To odkrycie było dla mnie przełomowe. Okazało się, że ukojenie w postaci powrotu do wnętrza siebie nie musi przychodzić dopiero przy rozstaniu. Można – a nawet trzeba! – rozpostrzeć nić między opisanymi wyżej płaszczyznami i systematycznie na niej balansować. (Przygoda z Drapieżnikiem ma zresztą kompletnie zaskakujący dalszy ciąg, ale o tym innym razem.)
Zaopiekowanie się samym sobą jest już sporym wyzwaniem – wymaga uważnego przyglądania się swoim emocjom i reakcjom oraz konfrontowania ich ze światem zewnętrznym. (Tylko w taki sposób dowiemy się, co jest rzeczywiście częścią nas, a co mechanizmem, który nam nie służy i wymaga poświęcenia mu większej uwagi.) Wejście w związek to przejście do jeszcze bardziej skomplikowanego poziomu. Nie dość, że ciąży na nas ogromna odpowiedzialność w postaci zadbania o swoją równowagę psychiczną (i od tego, choćbyśmy chcieli, nie uciekniemy), to jeszcze dochodzi odpowiedzialność zarówno za partnera, jak i związek. Do dwóch płaszczyzn – zewnętrznej i wewnętrznej naszej dochodzi jeszcze trzecia, wewnętrzna partnera. Jeśli nie umiemy siebie znieść czy – o zgrozo! – nigdy nie próbowaliśmy być sami, wtedy najprawdopodobniej albo odpuścimy sobie płaszczyznę zewnętrzną i zanurkujemy w wewnętrznej partnera, stapiając się z nim w jedno (już mu współczuję), albo położymy krzyżyk na kwestiach wewnętrznych i zajmiemy się jedynie płaszczyzną zewnętrzną, co jest równoznaczne z brakiem pracy zarówno nad sobą, jak i nad związkiem (czyli zawaleniem dwóch spraw, zamiast jednej).
Byłabym też bardzo uważna, jeśli chodzi o kwestię odrębności w związku. W moim odczuciu sytuacja powinna wyglądać tak, jak na poniższym schemacie:

schemat zdrowej relacji

Jakiekolwiek próby zawłaszczenia partnera w całości lub wchłonięcia go w trzeci, sztuczny byt, jakim jest związek, uważam za niesamowicie niebezpieczne. Żaden człowiek nie może być własnością ani drugiego człowieka, ani związku. Osoby opisane w pierwszym podrozdziale dążą do nałożenia się obu zbiorów ze schematu na siebie. (Brzmi jak brak oddechu, prawda?) Osoby opisane w podrozdziale drugim – w tym ja – najchętniej po prostu nazwałyby związkiem dwa odrębne zbiory. A tak też się nie da, bo dwie osoby to dwie osoby, a związek dwóch osób, mających w nim sporo wolności, to jednak w dalszym ciągu związek. Nie sprawia mi trudności ani bycie samej, ani stapianie się z partnerem w toksyczne jedno (choć bardzo tego nie lubię). Problem widziałam do tej pory w opisywanym wyżej balansowaniu. Odkrycie tej umiejętności niesamowicie wzmocniło moją relację z samą sobą i zmotywowało do dalszej nad nią pracy.

P.S. Na deser łączę swój cover hitu Arethy Franklin. Tylko my sami możemy odkryć w sobie jedność, jednak jeśli w naszym życiu pojawi się ktoś, dzięki komu poczujemy się w pełni ze sobą zintegrowani – miejmy świadomość, że to ktoś nieprawdopodobnie wyjątkowy.

Kwestia zaufania

fot. Bożena Szuj

Zaufanie z jednej strony jest fundamentem każdego związku, a z drugiej, pracuje się na nie latami. Jak więc pogodzić jedno z drugim? Wchodzić w relację z kimś, komu się nie ufa? Oczywiście nie. Rozwiązaniem może być pewien kredyt zaufania, którym obdarzymy ukochaną osobę na początku. Nie ma co się bać, bo z takim kredytem jest podobnie, jak z samym zaufaniem – druga strona w każdej chwili może nas zawieść. Nie mamy na to żadnego wpływu. Nikt nie da nam gwarancji, że nigdy nas nie skrzywdzi. Cały trik polega na tym, że inni mogą nas skrzywdzić tylko na tyle, na ile im na to pozwolimy. Co to oznacza w praktyce? Paradoksalnie właśnie to, że im więcej wolności dajemy drugiej osobie, tym mniejsze są szanse, że będziemy cierpieć. Po pierwsze dlatego, że człowiek obdarzony zaufaniem odczuwa zazwyczaj wielką odpowiedzialność z tym związaną i dokłada wszelkich starań, żeby go nie zawieść, a po drugie dlatego, że jeśli jednak zbłądzi, nie będziemy mieć sobie nic do zarzucenia. Teoretycznie w większości sporów wina rozkłada się na obydwie strony, jednak jeśli otwieramy przed kimś swoje serce i obdarzamy go zaufaniem oraz wolnością, a on… wykorzysta to do skrzywdzenia nas, to wychodzimy z tego obronną ręką. O winie czy ewentualnej głupocie można mówić dopiero, kiedy dajemy komuś drugą, trzecią czy jeszcze kolejną szansę, a on ciągle nas zawodzi. Wierzmy ludziom, kiedy pokazują nam swoje prawdziwe barwy. Jeśli twierdzą, że są źli, przyjmijmy, że widocznie tacy właśnie w tym momencie życia są – ostatecznie to oni sami znają się najlepiej. Wierzmy im, nie oceniajmy i absolutnie nie chciejmy tego zmieniać. Nie mamy do tego prawa. Człowiek będący z natury flirciarzem i erotomanem gawędziarzem będzie zawsze wzbudzał poczucie zagrożenia w drugim, który jest zasadniczy i niepewny siebie. Czy jedna ze stron powinna zmieniać drugą (lub się do niej naginać), jeśli ten sam rubaszny figlarz będzie idealnym partnerem dla kogoś silnego i otwartego, a z kolei zasadniczość tej drugiej osoby spełni marzenia kogoś bardziej obyczajowo konserwatywnego? Nie zmieniajmy ani siebie, ani nikogo innego „dla dobra związku”. Związek będzie udany tylko, kiedy od początku partner spełni nasze oczekiwania, będąc takim, jakim jest.

Najlepiej podsumowała to moja mentorka, nieoceniona Iyanla Vanzant:

Pisałam już kiedyś, co myślę o tezie: „nie ma miłości bez zazdrości” – to niezwykle niebezpieczna mądrość, sankcjonująca coś, co jest naprawdę złe. Czy część mnie nie czuje się połechtana, kiedy Ukochany jest o mnie odrobinę zazdrosny? Oczywiście, czuje się. Czy nie zdarza mi się odczuwać lekkich ukłuć zazdrości, nawet kiedy wiem, jak bardzo jest to irracjonalne? Oczywiście, zdarza mi się. Sęk w tym, że w momencie złapania się na tym trzeba się zatrzymać i nie dać się ponieść za daleko. Zazdrość jest potężną i niewyobrażalnie destrukcyjną siłą. Zaczyna zbierać żniwa, zanim w ogóle zdamy sobie z tego sprawę.

fot. Bożena Szuj

Istnieje ogromna nierówność w podejściu do zazdrości kobiecej i męskiej. Mężczyzna obsesyjnie zazdrosny i kontrolujący swoją partnerkę jest na ogół odbierany – nota bene całkiem słusznie! –  jako niebezpieczny tyran. Tymczasem obsesyjnie zazdrosna i kontrolująca partnera kobieta ma na zachowania niedopuszczalne absolutne społeczne przyzwolenie. „On i tak pewnie coś przeskrobał”, no a „skoro nie ma nic na sumieniu, to w czym problem”.
Zachowania, o których samo wspominanie budzi moją odrazę, czyli przeglądanie czyjegoś komputera, telefonu, rzeczy osobistych w celu przyłapania go na zdradzie, jest zawsze bezsprzecznie złe i nie można znaleźć na nie żadnego usprawiedliwienia. Wiele rzeczy umiałabym w związku wybaczyć. Myślę, że nawet zdradę, gdybym rozumiała jej przyczynę i widziała możliwość wzajemnej pracy nad tej przyczyny likwidacją. Nie wyobrażam sobie jednak kontynuacji relacji, w której już nigdy nie mogłabym zostawić przy partnerze otwartego komputera, komórki czy prywatnych zapisków i wiedzieć, że nawet nie przyjdzie mu do głowy zajrzenie do nich bez zapytania. To zaufanie, którego myślę, że nie da się odbudować. Co do przyczyn takiego zachowania – pojawia się ono tylko, kiedy zdrada miała już miejsce, ale niekoniecznie w sposób oczywisty. Na ogół to osoby szpiegujące dopuszczają albo dopuściły się kiedyś zdrady. Przeważnie względem samych siebie. Opuściły siebie wtedy, kiedy były sobie potrzebne. Nie mogły na sobie polegać. Z pomocą przyjdzie wtedy odpuszczenie sobie, wybaczenie i stanie się dla siebie prawdziwym oparciem. Zdarza się też oczywiście, że to osoba szpiegowana przekroczyła kiedyś granice i dziś mamy podejrzenia, że sytuacja się powtarza. Warto się wtedy zastanowić, czy przyznana jej wtedy druga szansa nie została właśnie przez nią zmarnowana. Ostatecznie nie ma znaczenia, czego się dogrzebiemy w czyichś rzeczach osobistych – jeśli ktoś, kto miał za zadanie upewnić nas w tym, że już nigdy więcej nie postąpi źle, sprawił, że znowu pojawiają się w nas poważne wątpliwości, to to samo w sobie jest nie w porządku. Umowa była inna. Jeśli ktoś nie umie się z niej wywiązać, odpowiedzialność za to, czy będziemy skrzywdzeni (podpisując umowy kolejne) czy nie, leży – jak pisałam na początku – tylko i wyłącznie po naszej stronie.

P.S. Na deser łączę fantastyczny cover (rozbrajający mnie kwintą w chórkach w refrenie) obłędnej Róisín Murphy. To cover utworu z repertuaru Miny. Jego tekst wydaje mi się dobrym dopełnieniem dzisiejszego wpisu.

fot. Bożena Szuj

Chipsy z obierków ziemniaczanych z dipem czosnkowym

fot. Marianna Patkowska

Jestem wielkim przeciwnikiem wyrzucania jedzenia. Jest to nieekologiczne i nieekonomiczne, ale przede wszystkim nieetyczne. Gospodarstwo jedno oraz dwuosobowe wcale nie jest trudne do prowadzenia przy takiej zdobyczy techniki, jaką jest zamrażarka. Niezmiernie cieszy mnie w kuchni świadomość, że nic mi się nie zmarnowało. Włoszczyzna, którą gotuję na zupę, a niemająca się w niej docelowo znaleźć, ląduje zazwyczaj w sałatce jarzynowej, farszu do naleśników czy staje się drugą zupą kremem. Zwyżkom ugotowanych ziemniaków w formie purée możemy nadać drugie życie, przygotowując z nich moskole, a w formie gruli z wody – krojąc je w plastry i zapiekając z warzywami i serem. Niedawno jednak usłyszałam, że wyrzucane przeze mnie do tej pory obierki z ziemniaków można smażyć na głębokim tłuszczu. Podchodząc do tej rewelacji raczej sceptycznie, postanowiłam spróbować. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że stają się po odpowiedniej obróbce znakomitą przekąską (kaloryczną, ale z pewnością zdrowszą od zła, jakim są kupowane w sklepach chipsy)! Dzielę się więc przepisem, polecając podawanie ich z błyskawicznym w przygotowaniu dipem czosnkowym.

fot. Marianna Patkowska

SKŁADNIKI:

CHIPSY
– obierki z porządnie umytych wcześniej ziemniaków
– zioła prowansalskie
– sól (himalajska)
– olej rzepakowy

DIP CZOSNKOWY
– 2 łyżki majonezu
– 2 łyżki jogurtu greckiego
– mały ząbek czosnku (albo nawet pół)

fot. Marianna Patkowska

PRZYGOTOWANIE:

CHIPSY
Na głęboką patelnię wlewamy grubą warstwę oleju i smażymy na dużym ogniu. Kiedy tłuszcz się rozgrzeje, wrzucamy nasze obierki, zmniejszając ogień. W trakcie smażenia posypujemy chipsy ziołami prowansalskimi i solą. Wyławiamy łyżką cedzakową, kiedy przybiorą złocisty kolor.

DIP CZOSNKOWY
Łączymy majonez z jogurtem greckim, wyciskamy czosnek i mieszamy wszystko na jednolitą masę. Nie solimy.

fot. Marianna Patkowska

P.S. Na deser łączę piosenkę co prawda niezupełnie o ziemniakach, ale równie smakowitą!

fot. Marianna Patkowska

Wirtualne pożycie

fot. Marianna Patkowska/Valantis Nikoloudis

Od kiedy zlikwidowałam konto na Instagramie, nie mając już czasu i energii na kasowanie kilkudziesięciu prywatnych wiadomości tygodniowo od obcych mężczyzn z całego globu (zaczęłam się tam czuć, jak na Tinderze, na którego – z powodu swojego stosunku do szukania miłości, opisanego wyczerpująco TUTAJ – nigdy się nie zapisywałam), jedynym medium społecznościowym, z jakiego korzystam, jest Facebook. Widząc pewne rozbieżności między moim do niego podejściem a podejściem innych użytkowników, postawiłam przyjrzeć się dziś temu tematowi.

Środki bezpieczeństwa

Oczywiście, że publikowanie czegokolwiek w sieci niesie za sobą ryzyko, że treść dostanie się w niepowołane ręce; zhakowanie konta jest przykładem ekstremalnym, ale wystarczy, że ktoś z naszych znajomych zrobi screenshota (zdjęcie ekranu) i post, który udostępniliśmy węższej grupie ludzi, przekaże szerszej. Środki ostrożności są dwa: bardzo uważna selekcja wirtualnych znajomych oraz branie pełnej odpowiedzialności za każde opublikowane słowo. W jednym i drugim jestem całkiem niezła, więc nie boję się tego medium.
Skąd bierze się strach przed Facebookiem? Jak zwykle, z niewiedzy i nieumiejętności korzystania ze wszystkich jego funkcji. Często spotykam się z przekonaniem (na ogół osób starszych, ale nie tylko), że obnażanie się ze swoimi myślami i odczuciami w sieci jest niewiarygodnie niebezpieczne i może być przez kogoś wykorzystane. Z całym szacunkiem, ale nie przeceniając wartości publikowanych przez większość użytkowników Facebooka myśli, nie bardzo rozumiem, kto i do czego miałby je wykorzystywać.
Warto na pewno pamiętać, że każdemu, kogo przyjmujemy do grona wirtualnych znajomych, możemy ograniczyć dostęp – osoba z ograniczeniem dostępu widzi  jedynie te nasze posty, którym ustawimy status publiczny, a tych ze statusem prywatnym już nie. Do tego jeszcze dla każdej jednorazowej publikacji da się wybrać status niestandardowy określający, dla których osób nie będzie ona widoczna. Taka funkcja jest szczególnie przydatna, jeśli mamy wśród znajomych ludzi o odmiennym światopoglądzie i kiedy wiemy, że udostępniana przez nas treść ich urazi.

Dzieci w sieci

Choć powstanie nowego życia jest niekwestionowanym cudem i umiem zrozumieć, że zakochani w maluszku rodzice czują wewnętrzną potrzebę zalewania mediów społecznościowych zdjęciami swojej opuchniętej pociechy, jednak… zdecydowanie nie powinni jej realizować. Przede wszystkim dlatego, że nie mamy prawa zamieszczać w internecie zdjęć osób, które nie wyraziły na to zgody, a w przypadku niemowlaka jej uzyskanie nie jest możliwe. Trzeba pamiętać, że w sieci właściwie nic nie ginie i nie tak łatwo usunąć z niej na zawsze coś, co się raz do niej wrzuciło. O tym, czy chcą czy nie, żeby ich zdjęcia z dzieciństwa krążyły po mediach społecznościowych, niech zadecydują główni zainteresowani. Najlepiej jako świadomi i pełnoprawni użytkownicy Facebooka (profil można założyć, mając skończone trzynaście lat). Powinien nam wystarczyć facebookowy wysyp fotografii znajomych z ich wczesnego dzieciństwa, atakujący nas rokrocznie w Dniu Dziecka. To już naprawdę całkiem sporo tego dobrego.

Zbawienna funkcja blokowania

Jako użytkowniczka, której liczba zablokowanych osób aż sześciokrotnie przewyższa liczbę znajomych, o blokowaniu wiem sporo. Co zyskujemy, blokując? Absolutny brak możliwości kontaktowania się. Od momentu blokady stajemy się dla siebie nawzajem niewidzialni. Nasze profile znikają w niebycie, nie możemy do siebie pisać ani dzwonić przez Messengera. Brzmi fantastycznie, prawda?

  • Kogo i dlaczego blokuję? 
  1. Pierwszą grupę stanowią ludzie, których nie chciałabym w swoim otoczeniu również w realnym życiu. Na ogół, widząc ich komentarze albo u wspólnych znajomych, albo na stronach publicznych, mam silną potrzebę odseparowania ich od siebie i nie dopuszczenia nigdy do wejścia z nimi w żaden rodzaj interakcji. Zaliczają się do nich: osoby niezrównoważone i emanujące złą energią, antysemici, homofobi, rasiści, narodowcy, ludzie agresywni i niekulturalni.
  2. Druga grupa to obecni oraz przyszli pracodawcy, nierzadko też współpracownicy. Mam głębokie przekonanie, że relacje w pracy, zwłaszcza z szefem, powinny pozostawać formalne. Przyjaciół dobieram sobie sama, wg sobie tylko znanego klucza, uważnie i z rozwagą. W pracy jednak ludzie mają być przede wszystkim profesjonalni i skuteczni. Natrafimy tam więc na pewną zbieraninę ludzi, którzy mogą, ale wcale nie muszą, okazać się nam bliscy. Ponieważ Facebook jest moją oazą, a krępowanie się i spinanie na nim to ostatnia rzecz, której potrzebuję, poprzez blokady oczyszczam sobie tę przestrzeń. (Oczywiście zdarzają się też fantastyczni szefowie, którzy potrafią dobrać rewelacyjny, zgrany, uwielbiający się również prywatnie team – mnie się taka sytuacja zdarzyła raz i wspominam ją wspaniale – jednak to na ogół niestety rzadkość.)
  3. Do trzeciej grupy zaliczają się uciążliwi znajomi. Na ogół takie blokady poprzedzam grzecznym, acz stanowczym ostrzeżeniem. Powody pokrywają się z punktem pierwszym. Średnio też toleruję brak umiejętności czytania z tzw. zrozumieniem. Jeśli proszę o cokolwiek na, jakby nie było, mojej ścianie, to wychodzę z założenia, że nie jest to zaproszenie do wzięcia udziału w gorącej dyskusji na temat sensu lub zasadności mojej prośby. Jeśli apeluję o nieporuszanie pewnych kwestii czy zrezygnowanie ze słów, które uważam za agresywne, to od znajomych oczekuję uszanowania tego. Blokuję również w sytuacjach, w których uznam, że wirtualne odseparowanie się od kogoś sprawi, że odzyskam równowagę, jaka została przez ten kontakt na jakimkolwiek poziomie zachwiana. Jest to oczywiście na ogół trudne do zaakceptowania dla drugiej strony, jednak trzeba pamiętać, że tylko my sami wiemy, co jest dla nas najlepsze i to na nas spoczywa odpowiedzialność zadbania o siebie. Bolesne informacje można zawsze przekazać w sposób możliwie jak najmniej przykry, a ustalanie swoich granic ma to do siebie, że nie jesteśmy zobligowani do tłumaczenia się z nich komukolwiek.

Prywatne wirtualne poletko

Dlaczego przywiązuję tak dużą wagę do tego, kim się otaczam na Facebooku? Prawdopodobnie dlatego, że oprócz bycia narzędziem do komunikacji z bliskimi, jest on dla mnie też rodzajem oazy i odskoczni od zewnętrznego chaosu. Świadomość posiadania kontroli nad swoim wycinkiem wirtualnej rzeczywistości w postaci prywatnego profilu, jak by nie była złudna, daje mi jednak ukojenie. Czy więzi z ludźmi w sieci są mniej prawdziwe niż te rzeczywiste? Są na pewno inne, ale tylko od nas zależy ich jakość. Mam w realnym świecie znajomych, których uwielbiam, a z którymi mimo wszystko nie chcę się mieć na Facebooku,  bo nasze skrajnie różne podejścia do tego serwisu sprawiają, że krępowałoby mnie to.  Drzemie we mnie ekshibicjonistka potrzebująca atencji i uwagi ludzi, których nie przeraża pisemna część mnie – którzy lubią mnie czytać i są mi życzliwi. Jeśli gdziekolwiek można podjąć próbę wykreowania idealnego świata, to właśnie tu!

Wpis tyczył się oczywiście profili prywatnych, ale wszystkich swoich Czytelników zachęcam do polubienia i śledzenia fanpage’a oczami nNi 👀 👀 👀

P.S. Na deser łączę jak zawsze wspaniałą Laurie Anderson.

fot. Marianna Patkowska/Bożena Szuj

Głupia cycatka

fot. Marianna Patkowska

Niedawno dowiedziałam się, że istnieją kobiety, które ukrywają swoje piękne seksualne atuty przed światem ze strachu, że zostanie im przypięta łatka głupiej cycatki. Moją reakcją na tę rewelację było niedowierzanie. Problem dostrzegam nie w tym, rzecz jasna, że nie wszystkie kobiety odczuwają potrzebę dzielenia się ze światem swoim pokaźnym biustem. Widzę go w przedziwnym pomyśle, że duży biust noszony dumnie, miałby cokolwiek mówić o intelekcie jego posiadaczki. Podobnie jak z tym zającem z żartu:

kawa nie zając, praca nie zając, właściwie… tylko zając to zając

– żart o zającu

TYLKO MÓZG TO MÓZG
Koncepcja, że coś nam o nim powie zajrzenie w spory dekolt właścicielki jest równie mądra, jak ocenianie wydolności czyjejś wątroby poprzez omiatanie wzrokiem jego łydek. Oczywiście można, ale przyczynia się to do powiększania sumy bezsensu we Wszechświecie i rzeczywiście mówi coś o intelekcie. Omiatającego.

👀 Dziewczyny, serio?!

fot. Marianna Patkowska

Wiele kobiet (w tym do niedawna ja sama) nie zdaje sobie chyba sprawy z tego, że dużego biustu nie da się za bardzo ukryć. Z jednej strony więc jego dumne noszenie nie ogranicza się jedynie do zakładania ubrań z głębokimi dekoltami – proste skromne, zabudowane bluzki i dobrze dobrany biustonosz też mogą zrobić furorę; z drugiej zaś, jeśli włożymy na siebie wielki worek, będziemy wyglądać jak ktoś z dużym, acz zakrytym workiem biustem, w dodatku budząc podejrzenia, że posiadamy równie duży brzuch, co już nie zawsze musi być prawdą. Mam wrażenie, że ten idiotyczny mit głupiej cycatki tyczy się bardziej kobiet pogodzonych z własną seksualnością niż tych po prostu posiadających spore biusty (zakryte, a zwłaszcza te, za które ich właścicielki przepraszają swoim ubraniem, są przecież przez wszystkich akceptowane).
To, że mężczyźni wychodzą czasem z założeń podszytych niedużym nakładem myślowym, umiem jeszcze przyjąć. (Można nazwać to seksizmem, można też pewnym doświadczeniem życiowym.) Nic jednak nie usprawiedliwia kobiet myślących o swoich siostrach wrogo czy przedmiotowo tylko z powodu ich pewności siebie. Same wiemy najlepiej, jak trudno kobiecie taką pewność (i siebie, i swojego ciała) w ogóle zbudować. Jeśli spotkamy na ulicy piękną, atrakcyjną kobietę, uśmiechnijmy się do niej. Nie doszukujmy się w niej rywalki czyhającej na naszego człapiącego u boku partnera. Przeciwnie, wskażmy mu ją, żeby zapamiętał, jakie chcemy być (jeśli jeszcze takie nie jesteśmy), lojalnie przy okazji uprzedzając, że taki ideał kobiecości będziemy wpajać naszej córce.
Mam swoich Czytelników za osoby inteligentne, ale na wszelki wypadek wyjaśnię: mojego podziwu nie wzbudza, rzecz jasna, samo wbicie się w ciuch z dekoltem, lecz duma, z jaką prezentuje się swoje atuty (nawet, jeśli robi się to bez dekoltu).

👀 O czym mówi nasz strój

fot. Marianna Patkowska

Nasz strój mówi przede wszystkim o naszym samopoczuciu, podejściu i guście, ale też o tym, czy jesteśmy wyposażeni w pewną wiedzę. Choć od końca XIX wieku kobiety dumnie noszą już spodnie, pojawienie się w nich na Wigilii jest pewnym naruszeniem etykiety. Podobnie jak nie ma nic zdrożnego w noszeniu dżinsów, ale założenie ich do filharmonii czy opery obnaża naszą nieznajomość zasad savoirvivre’u. Przykłady można mnożyć: strój wieczorowy, jak sama nazwa wskazuje, nie nadaje się na przyjęcie w środku dnia, strój sportowy na oficjalne spotkania, a najbardziej smakowity dekolt nie przystoi, kiedy jest się w świątyni (o czym panny młode zdają się rzadko kiedy pamiętać). Z czym więc musimy się liczyć, jeśli ubierzemy się nieodpowiednio? Z tym, że ktoś to zauważy i być może skomentuje. Każdy może mieć inny gust od naszego, inną od naszej wiedzę. Jednego swoim ubiorem zachwycimy, innego zirytujemy. To wszystko jest absolutnie normalne… dopóki nie zaczniemy jakiegokolwiek rodzaju przemocy (również słownej) tłumaczyć czyimś strojem. Pamiętajmy, że przerzucanie odpowiedzialności za przemoc seksualną wobec kobiet na ubiór tychże pochodzi z kultury gwałtu, na którą w żadnym szanującym się człowieku nie ma przecież zgody.

👀 Strach przed staniem się
obiektem seksualnym

fot. Marianna Patkowska

Czemu, kiedy nie jesteśmy zobowiązane żadnym dress code’em i savoirvivre’em, czasem mamy ochotę wyeksponować swoje atuty, a czasem wręcz przeciwnie? Z wielu różnych powodów. Nie zawsze czujemy w sobie chęć wyglądania zbyt zmysłowo. Nie musimy. Wszystko jest okay, póki nie zacznie przez nas przemawiać strach przed staniem się obiektem seksualnym w głowie naszego interlokutora (na ogół płci odmiennej). Strach ten jest irracjonalny, bo – jak pisałam dwa podrozdziały wyżej – dopóki nie przyodziejemy się w wielki karton, nasze atuty będą zauważalne i jeśli trafimy swoją sylwetką w gust rozmówcy, to choćbyśmy dyskutowali wyłącznie o gramatologii w ujęciu Derridy, on (rozmówca, nie Derrida!) najprawdopodobniej choć raz pomyśli o nas w sposób seksualny. I nie ma w tym nic złego. Stawanie się w czyjejś głowie choćby chwilowym obiektem seksualnym jest zdecydowanie zbyt mocno demonizowane.  Biust lub jakiekolwiek inne fizyczne atuty nie wykluczają się z mózgiem. Są zupełnie gdzie indziej. Problem pojawia się wtedy, kiedy któraś ze stron o tym nie wie.
Kilka lat temu przed egzaminem na studia doktoranckie (spieszę wszystkich uspokoić – nie dostałam się) zżerała mnie potworna trema połączona z niemałą ekscytacją, ponieważ komisji przewodził profesor, którego wiedzę i intelekt niesamowicie ceniłam, a napisane przezeń książki były moją stałą pomocą w pracy redaktora. Wyglądałam elegancko, ale skromnie. Biała zapięta pod szyję koszula i prosta spódnica za kolano miały odciągnąć uwagę od mojej wewnętrznej kokietki i przyciągnąć do mojego wewnętrznego językoznawcy (miałam – nadal mam! – naprawdę porywający temat pracy doktorskiej). Gdybym zdjęła szpilki i wbiła się w habit i celibat, można byłoby mnie z powodzeniem pomylić z zakonNicą. Poznanie wzmiankowanego profesora wspominam jako jedno z największych rozczarowań, zostawiających po sobie niesmak do dzisiaj. Moje – nieskrywane, ale pozostawione w imię profesjonalizmu za drzwiami – dobre samopoczucie związane z własną kobiecością i seksualnością nie pozostało niezauważone, a pewien wyczuwalny błysk w oku profesora szybko ustąpił miejsca pasywnej agresji. Miałam wrażenie graniczące z pewnością, że gdybym była mężczyzną, nie zostałabym potraktowana tak bardzo z góry i z tak dużym, nieprzystającym człowiekowi kulturalnemu, lekceważeniem. Czy to wpłynęło na moją własną samoocenę? Wtedy na pewno. Dziś mogę powiedzieć jedno:

Panie Profesorze, cieszę się, że oprócz swojego w całości spowitego materiałem biustu mogłam Panu przedstawić również nieznaną Panu do tej pory sylwetkę Stanisława Dróżdża. Cała przyjemność po mojej stronie.

– nie ma za co

👀 Źródło do/uwodzenia

fot. Marianna Patkowska

Całkowite pogodzenie się ze swoją fizycznością może nastąpić, paradoksalnie, dopiero wtedy, kiedy sobie uzmysłowimy, że źródło dowodzenia mamy ulokowane w… mózgu.

P.S. Na deser łączę swój cover piosenki Elli Eyre „We don’t have to take our clothes off”, polecając uwadze jej znakomity tekst!

„Paszkwile” Tymon Tymański

fot. Marianna Patkowska/Bożena Szuj

wytwórnia: Neigong Music
rok wydania: 2019

Jakiś czas temu we wpisie z okazji Dnia Mężczyzn wspominałam o stopniowym pokonywaniu swojego irracjonalnego lęku przed Tymonem Tymańskim. Szło mi (to pokonywanie) dosyć opornie do momentu, w którym dostałam wspaniały prezent – najnowszą jego płytę zatytułowaną „Paszkwile”. (Na marginesie, to naprawdę fantastyczne słowo, którego pierwsze spolszczone zapisy datuje się już na drugą połowę XVI wieku.) Mój lęk ustąpił absolutnemu zachwytowi i wzruszeniu. Te z kolei towarzyszą mi zawsze, kiedy czuję, że obcuję z prawdziwą Sztuką.

fot. Marianna Patkowska/Bożena Szuj

Co sprawia, że ta płyta jest tak wyjątkowa? Przede wszystkim jej forma. Tymański, pisząc o dzisiejszej Polsce, porusza temat niesamowicie trudny i bolesny. Robi to jednak w zaskakujący sposób… Zaczyna krążek znakomitym utworem „Pislam”. Znając go wcześniej, spodziewałam się mocnego, agresywnego albumu przepełnionego niezgodą na zastaną rzeczywistość. Dużym szokiem było więc dla mnie to, co usłyszałam później…
„Pislam” w sposób bezkompromisowy nazywa sprawy po imieniu. Refren („Pislam, Pislam, über alles”) nawiązuje do hymnu także przecież III Rzeszy, a fantastyczna, intrygująca muzyka przywodzi na myśl – choćby najlżejsze, ale jednak – skojarzenia z klimatem piosenek niemieckiego zespołu Rammstein. Nastrój grozy, a także bardzo czytelne potępienie głupoty i braku umiejętności wyciągania wniosków z nieodległej przecież historii, zwiastują ciężkie brzmienia, do których jednak Tymański już więcej na płycie nie wraca (nawet znakomity i zadziorny kawałek „Jestem legendą” ma całkowicie inny rodzaj pazura). Naszym uszom ukazują się przepiękne bajeczne muzyczne krajobrazy: beatlesowe chórki, powalające na kolana harmonie, fascynujące aranżacje. Czy temat stawania się zabobonnym, zakompleksionym państwem wyznaniowym już więcej się nie pojawia? Pojawia się, ale inaczej.

fot. Marianna Patkowska/Bożena Szuj

Motywem przewodnim płyty jest przypomnienie, że stanąć w prawdzie możemy tylko, robiąc krok do tyłu i patrząc na wszystko z szerszej perspektywy. Tymański odwołuje się w swoich tekstach do kosmosu i buddyjskich nauk. Ze wzruszającą czułością pisze o unikalnym pięknie każdego człowieka, równocześnie piętnując doszukiwanie się go jedynie w plemienności i narodowych barwach. Jeśli jesteśmy częścią jakiejkolwiek całości, to jest nią Wszechświat. Czy jest to antypolskie? W powierzchownym rozumieniu być może tak. W rozumieniu skalanym głębszą refleksją, wręcz przeciwnie. Podobnie jak dbanie o swoje miasto nie stoi w żadnej sprzeczności z dbaniem o własny ogródek przecież,  tak miłość do świata czy kontynentu nie przeszkadza nam w miłości do własnego kraju, regionu czy miejscowości. Cóż warta jest nasza miłość do małej geograficznej przestrzeni, kiedy na dużo większą, tę naszą zawierającą, jesteśmy skłonni pluć jadem?

fot. Marianna Patkowska/Bożena Szuj

Rozdźwięk między energią pierwszej piosenki, a energią pozostałych interpretuję jako bezwzględną uczciwość. Nie sposób mówić o czymkolwiek ważnym w sposób magiczny, pomijając bolesną i niewygodną o tym prawdę. Tylko na jej fundamentach można cokolwiek zbudować.
Tymański samym stworzeniem tak doskonałej zarówno tekstowo, jak i muzycznie płyty  w tym kraju i języku, pokazuje na czym polega w czasach mimo wszystko pokoju i istnienia na mapie prawdziwy mądry współczesny patriotyzm. Dziękuję wszystkim Twórcom tej płyty!

fot. Marianna Patkowska/Bożena Szuj

Spis utworów:

  1. Pislam
  2. Polska
  3. Bracie Bliźniaku
  4. Introspekcja
  5. Hej, Polaku!
  6. Tamte dni
  7. Jestem legendą
  8. Polska to zbiorowa halucynacja
  9. Zmiana
  10. Sekta
  11. Anty-Polska
  12. Wolność

    fot. Marianna Patkowska

P.S. A na deser łączę fantastyczny teledysk do piosenki „Pislam”.

Stanisław Dróżdż „Bez tytułu (między)”

fot. Bożena Szuj
Stanisław Dróżdż, „Bez tytułu (między)”, 1977

[Poniższy tekst jest fragmentem mojej pracy magisterskiej pod tytułem:Co Dróżdż mógł mieć na myśli, czyli o odrębnej rzeczywistości tekstu w twórczości Stanisława Dróżdża…”. Bardzo chciałam na swoim blogu przybliżyć sylwetkę tego niesamowitego, wciąż nie dość znanego artysty oraz jego poruszające prace.]

Praca, o której wspominałam już wcześniej, oddziałuje na odbiorcę w sposób szczególny. Gra słów – jesteśmy właśnie między literami składającymi się na wyraz „między” – zaprasza widza do obcowania z przestrzenią, którą tworzy dzieło. Taki sam wygląd ścian, sufitu i podłogi (białe tło, porozrzucane czarne litery słowa „między”) sprawia wrażenie odrealnienia. Dodatkowo, na wystawie „Początekoniec” przed wejściem do tunelu bądź pokoju „Między”, wisi kartka z prośbą o zdjęcie butów. Wisi ona oczywiście przede wszystkim ze względów praktycznych – podłoga ma szanse wyglądać tak jak sufit jedynie wtedy, kiedy nie będzie pobrudzona. Jednak w moim odczuciu to wnosi coś ważnego do interakcji widza z dziełem. Bez butów nasz kontakt z pracą jest bardziej intymny. Jeśli przełamiemy pierwszą blokadę, zaczynamy tę przestrzeń chłonąć – nie tylko po niej chodzić i patrzeć dookoła; ona zaprasza, by w niej usiąść, czy się położyć i zastanowić, między czym tak naprawdę jesteśmy? Między między a między? Między znakiem a znakiem? A może po prostu – między słowami, czyli tam, gdzie można poznać nas najlepiej…
Paweł Sosnowski opowiedział mi, że praca została wystawiona raz. Potem – dwadzieścia lat przerwy. „Trzeba było przejść przez doświadczenie instalacji, by Dróżdża na nowo odkryć. Po tych dwudziestu latach do roku 2010 wystawiono Między aż siedemnaście razy! Między, w którym zresztą układ liter jest także według ruchu wskazówek zegara. Oj tak, Dróżdż zdecydowanie wyprzedził swój czas”.

[Tekst napisałam po obejrzeniu wystawy w Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Katowicach. Powyższe zdjęcie pochodzi z Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK w Krakowie, gdzie nie trzeba już (niestety?) przed wejściem do pracy zdejmować butów.]

P.S. Na deser łączę krótki wirtualny spacer po opisywanym dziele Dróżdża.

Czy musimy być na ty?

fot. Marianna Patkowska

Powiedzmy to sobie szczerze i otwarcie – osobisty kontakt z ludźmi nie należy do aktywności mojego pierwszego wyboru, ale jeśli już jestem do niego zmuszona, irytuję się bezpardonowym przechodzeniem na ty. Nie mam rzecz jasna na myśli spotkań w większej grupie rówieśniczej, gdzie może to być niezwykle naturalne, czy określone z góry jakimś rodzajem etykiety (jak np. większość kontaktów w mediach społecznościowych).  Mam na myśli sytuacje, w których podczas spotkania dwóch dorosłych nieznających się osób jedna z nich – z niezrozumiałych dla mnie przyczyn – formy per pan/pani nie uznaje za wyjściową. Pomijający ją ludzie dzielą się na dwa typy: uważających nas albo siebie za bardzo młodych. Obydwa te założenia są zresztą na ogół mylne (a jeśli nawet nie są, to za chwilę będą).
Formy pan/pani budują dystans potrzebny do ustawienia nowej relacji (można ją np. zacząć od przejścia na ty za obopólną zgodą lub uwarunkować to przejście zauważeniem, że rozmawia się nam dobrze). Bywają oznaką szacunku, ale też zaznaczeniem granicy, czasami pokoleniowej. Na pewno są usta, w których nie lubię słyszeć swojego imienia. Poprzedzenie go zwrotem grzecznościowym „pani” na niewiele się zda, gdyż „pani marianNa” (akurat w moim przypadku) to jedno z najbardziej pretensjonalnych sformułowań o irytującym zabarwieniu urzędowego spoufalania się, w których próżno doszukać się elegancji.

fot. Marianna Patkowska

Warto też przypomnieć, kto komu może zaproponować przejście na ty, a komu takiej propozycji złożyć nie wypada. Oczywiście w rozmowie osoby (zauważalnie) starszej z młodszą tylko ta pierwsza może zaoferować skrócenie dystansu. Podobnie w kontaktach, najogólniej rzecz ujmując, damsko-męskich. Jedynie kobieta ma taki przywilej. Nie oznacza to jednak wcale, że musimy się na przejście na ty od razu zgadzać. Nie czujmy się do tego zobligowani. Wielokrotnie zdarzało mi się odmawiać, kiedy w danym momencie nie dostrzegałam potrzeby minimalizowania z kimś dystansu.
Z drugiej strony nie mam towarzyszącego wielu nauczycielom poczucia, że przejście na ty (zwłaszcza z młodzieżą czy dziećmi) musi się wiązać z puszczeniem wzajemnego szacunku do siebie w niepamięć. (Moje byłe szkolne koleżanki z pracy prawdopodobnie nie odnalazłyby do mnie żadnych jego okruchów nawet, gdyby zwracały się do mnie per pani, choć pewnie trudniej byłoby im wtedy mnie mobbingować, a uwielbiające mnie i często mówiące do mnie po imieniu maluchy nie byłyby wpatrzone we mnie bardziej, gdybym zaczęła im zwracać na to uwagę.)
Szacunek definiuję przede wszystkim jako brak inwazyjności w stosunku do bliźnich. Wszystko inne jest kwestią umowy.

P.S. Na deser mogę dołączyć tylko jedną piosenkę.

fot. Marianna Patkowska

Schudłaś, wyglądasz lepiej!

fot. Zofia Mossakowska/Marianna Patkowska

Ostatnio, słysząc po raz kolejny ten tytułowy wątpliwy komplement, zaczęłam się zastanawiać, czemu budzi we mnie aż tak wielki sprzeciw.
Historia mojej wagi jest bardzo prosta. Przez ćwierć wieku miałam niedowagę, a zależność tycia od jedzenia znałam jedynie ze słyszenia. Pewnego pięknego pobytu na Thassos – o czym już raz wspomniałam – mój metabolizm się ocknął i przybrałam wreszcie 10 kilo. Nagle przestałam być niewidzialna dla mężczyzn pozbawionych pedofilskich skłonności i oficjalnie stałam się z wyglądu kobietą. Choć minęła już prawie dekada i nie zapowiada się raczej, żebym niespodziewanie wróciła do wyglądu tamtej zagubionej i nieszczęśliwej dziewczynki, nadal istnieją osoby, które nie zdążyły się pogodzić z nieuniknioną transformacją mojego ciała, nie akceptując jej i regularnie zauważając, kiedy mimo nieodchudzania się schudłam i wyglądam przez to ich zdaniem lepiej. (Postanowiłam zilustrować ten wpis zestawieniami zdjęć, które ukazują dawną i obecną mnie.)
Dlaczego uważam, że takie uwagi są rodzajem pasywnej agresji przyobleczonej w kształt komplementu i warto ugryźć się przed ich wypowiedzeniem w język? Przede wszystkim dlatego, że ludzie chudną i tyją z bardzo różnych powodów – często nagłe schudnięcie jest ściśle związane z gorszym samopoczuciem psychicznym (depresją, stresem), a przytycie z procesem zdrowienia (np. pod wpływem leków). Możemy przez swoje zupełnie subiektywne preferencje (niedowaga, nawet jeśli się komuś podoba, nie jest wcale jedynym kanonem piękna) utwierdzić taką osobę w fałszywym przekonaniu, że jedynie, kiedy cierpi, wygląda najpiękniej. Zagrożenie płynące z takiego komunikatu widzę na kilku poziomach.  Pierwszy jest oczywisty: piękno – ani nasze, ani cudze – nie powinno się nam nigdy kojarzyć z cierpieniem. Prawdziwe piękno wynika z bycia szczęśliwym. Za bardzo niebezpieczne i destrukcyjne uważam też sprowadzanie piękna do wyizolowanej tylko jednej jego składowej (w dodatku jedynej subiektywnej) jaką jest wygląd fizyczny z pominięciem pozostałych, znacznie ważniejszych, takich jak: pewność siebie, integralność ze sobą, otwartość, dobro i intelekt. Piękna twarz czy ciało szpetnieją, kiedy ich posiadacz okazuje się ohydnym i głupim człowiekiem. Z drugiej strony tak zwana trudna uroda może nas rozłożyć na łopatki, kiedy będzie połączona z niesamowitymi możliwościami umysłu, objawiającymi się nie tylko przecież w filozoficznych dysputach, ale też w błysku w oku czy uśmiechu w odpowiednim momencie. (Spędziłam wiele lat w Grecji, przyglądając się całym zastępom mężczyzn przypominającym greckich bogów, a nadal, jeśli mam wytypować jakikolwiek ideał męskiego piękna, bez wahania wskazuję profesora Józefa Tischnera.)

fot. Valantis Nikoloudis/Marianna Patkowska

Jest pewną oczywistością, że pełna akceptacja siebie (która też się składa na piękno, którym emanujemy) pozwala nam spojrzeć na wszelkie niezbyt nawet fortunne komplementy z dużym dystansem i pobłażaniem, bo chroni nas przed przejmowaniem się czymkolwiek, co nie jest prawdą. Akceptacja siebie to na ogół dość długi i żmudny proces. To, że na niektórych jego etapach można bez specjalnego problemu zachwiać naszą mozolnie wydawałoby się wypracowaną już pewnością siebie, nie znaczy wcale, że cały nasz włożony w budowanie własnej integralności wysiłek poszedł zupełnie na marne. Przeciwnie, bądźmy wdzięczni tym, którzy poruszają nasze czułe struny – dzięki nim wiemy, nad czym musimy się pochylić mocniej. Chwila słabości na drodze służącej wzmocnieniu się niczego nie przesądza i o niczym nie świadczy. Dostrzegam jednak swoją własną niekonsekwencję – z jednej strony fizycznie rzeczywiście nie chcę schudnąć, bo czasy dawnego wyglądu kojarzą mi się z byciem niezwykle odległą od prawdziwej siebie, a z drugiej strony wiem już, że źródło mojego piękna nie tkwi wcale w wyglądzie, a m.in. jego akceptacji, jaki by nie był. Czemu więc, będąc gotowa na kolejne, oczywiste i pewne transformacje własnego ciała, tak bardzo się boję powrotu do wyglądu, na który nie mam już najmniejszych przecież szans? Nie znam odpowiedzi na to pytanie.
Komentowanie cudzej wagi zawsze stało tak daleko poza strefą mojego komfortu, że aż potrafię jej w ogóle nie dostrzec. Dlatego też niesamowicie trudno mi zrozumieć ludzi, którym przychodzi ono z łatwością. Czym innym jest pewnie wsparcie kogoś, kto podjął starania, by zmienić swój wygląd. Jeśli dużo ćwiczy, żeby osiągnąć jakiś konkretny, zaplanowany przez siebie cel i zauważymy efekty jego pracy, pewnie warto mu o tym powiedzieć, zwłaszcza jeśli wiemy, że taka wiadomość może dodać mu skrzydeł.
W innych przypadkach lepiej się, moim zdaniem, skupić na każdym człowieku jak na odrębnym Wszechświecie, pięknym na swój własny, wyjątkowy i niepowtarzalny sposób. Odkryjmy w nim jego piękno – tylko tak możemy ciągle redefiniować nasze własne, subiektywne jego pojmowanie.

P.S. Na deser wszyscy chyba spodziewają się właśnie tej piosenki, więc niech będzie w nietypowej (mojej zdecydowanie ulubionej, bo ociekającej seksem) wersji.

fot. Geo Dask/Marianna Patkowska